20.01.2024, 01:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2024, 21:09 przez Cameron Lupin.)
Dzień wolny od pracy w okresie letnim wręcz należało celebrować. Cameron już dawno oswoił się z myślą, że dłuższy urlop w jego przypadku nie wchodził w grę; w szpitalu działo się po prostu zbyt dużo. Gdyby naprawdę mu na tym zależało, może udałoby mu się wybłagać te kilka dni, które mógłby spędzić gdzieś poza Londynem, jednak na razie musiał obejść się smakiem. Może na jesień lub w okresie świątecznym w okolicach Yule? W każdym razie natłok obowiązków służbowych dosyć dosadnie uświadomił mu, że każda chwila spędzona w czterech ścianach rodzinnego lokum była cenna.
Najbardziej na świecie chciał się położyć z powrotem spać i obudzić się, dopiero kiedy przyjdzie do niego Heather, jednak tym razem musiał zrobić wyjątek. Zwłaszcza jeśli planował włożyć na najbliższy dyżur czyste ciuchy, zamiast latać w tym samym kitlu trzeci dzień z rzędu. Pranie. Sprzątanie. Coś, co w tych czasach magia powinna w pełni zautomatyzować, a co i tak wymagało kontroli ze strony czarodziejów. Przynajmniej takich pokroju Camerona, który nade cenił sobie swój własny komfort. Wolał więc samodzielnie posegregować wszystkie ubrania, porozdzielać do odpowiednich koszy i zadbać, że te zostaną odpowiednio oczyszczone.
— A mówią, że magia wszystko ułatwia — skomentował pod nosem, wiążąc ciaśniej swój stary szlafrok w hipogryfy. Pod łazienkowym płaszczem miał jeszcze biały, popruty w paru miejscach podkoszulek i krótkie spodenki. — Accio!
Machnął krótko różdżką, a zawartość pobliskiej szafy poleciała z impetem na łóżko. Szafa zadrżała i zatrzeszczała parokrotnie, jak gdyby mebel był o krok od zwalenia się na podłogę. Tia... Magia translokacyjna zdecydowanie nie należała do koników młodego Lupina. Szarpało za mocno albo za mało. Albo w ogóle. Nic dziwnego, że tak się nie lubił z teleportacją i gdy tylko mógł, to szukał innego środka transportu.
Następne minuty spędził na sprawdzaniu kolejnych koszul, par spodni, skarpetek i innych elementów strojów. Udało mu się nawet utworzyć małą kupkę ubrań, które nadawały się do ponownego włożenia przed kolejnym praniem! Wystarczyło jednak rzucić okiem na górę ciuchów, aby dojść do wniosku, że Cameron przez długi czas po prostu brał z szafy kolejne ciuchy, brudne rzucając w kąt, licząc, że pranie i prasowanie zrobi się samo. Cóż, najwyraźniej reszta domowników była zbyt zajęta swoimi sprawami, aby zwrócić uwagę na cierpienia najmłodszego syna.
— Ugh... To chyba jeszcze miałem u Longbottomów. — Wzdrygnął się, gdy obwąchał białą koszulę, która zdążyła się okryć kurzem. Od razu wrzucił ją na priorytetową stertę. — No to jeszcze...
Nie zdążył nawet rzucić zaklęcia, gdy tuż, zanim rozległ się czyjś krzyk. W pierwszej chwili nawet nie rozpoznał, do kogo należał ten głos. Automatycznie podskoczył, uderzając przy tym kolanem o ramę łóżka, co z kolei sprawiło, że wywalił pięknego orła. Cameron skulił się do pozycji embrionalnej.
— Kurr... Cecylia, przysięgam ci, że cię kiedyś zamordu... — Uniósł głowę, aby spojrzeć na winną tego całego zamieszania. W pierwszej chwili założył, że to jego siostra zrobiła sobie przerwę od warzenia eliksirów na parterze, aby zepsuć mu dzień, jednak szybko zdał sobie sprawę, że ktoś inny zdecydował się go dziś podręczyć. — No... Cześć piękna, cześć.
Podniósł się niezgrabnie, a hipogryfy zaczęły galopować po rękawach szlafroka. Uśmiechnął się przelotnie, poprawiając szopę włosów na swojej głowie. Mimowolnie powłóczył wzrokiem po jej sylwetce.
— Dobiłaś targu z Cece, czy to osobista wendetta? — rzucił przekornie, nachylając się w stronę Rudej i nadstawiając policzek do pocałunku. Bo przecież mu się należało! Mógł coś sobie uszkodzić! A kto by mnie wtedy wyleczył?, pomyślał Lupin, odpychając od siebie myśl, że dom był pełen medyków, a w pokoju była Brygadzistka, która na pewno była po kursie pierwszej pomocy.
Najbardziej na świecie chciał się położyć z powrotem spać i obudzić się, dopiero kiedy przyjdzie do niego Heather, jednak tym razem musiał zrobić wyjątek. Zwłaszcza jeśli planował włożyć na najbliższy dyżur czyste ciuchy, zamiast latać w tym samym kitlu trzeci dzień z rzędu. Pranie. Sprzątanie. Coś, co w tych czasach magia powinna w pełni zautomatyzować, a co i tak wymagało kontroli ze strony czarodziejów. Przynajmniej takich pokroju Camerona, który nade cenił sobie swój własny komfort. Wolał więc samodzielnie posegregować wszystkie ubrania, porozdzielać do odpowiednich koszy i zadbać, że te zostaną odpowiednio oczyszczone.
— A mówią, że magia wszystko ułatwia — skomentował pod nosem, wiążąc ciaśniej swój stary szlafrok w hipogryfy. Pod łazienkowym płaszczem miał jeszcze biały, popruty w paru miejscach podkoszulek i krótkie spodenki. — Accio!
Machnął krótko różdżką, a zawartość pobliskiej szafy poleciała z impetem na łóżko. Szafa zadrżała i zatrzeszczała parokrotnie, jak gdyby mebel był o krok od zwalenia się na podłogę. Tia... Magia translokacyjna zdecydowanie nie należała do koników młodego Lupina. Szarpało za mocno albo za mało. Albo w ogóle. Nic dziwnego, że tak się nie lubił z teleportacją i gdy tylko mógł, to szukał innego środka transportu.
Następne minuty spędził na sprawdzaniu kolejnych koszul, par spodni, skarpetek i innych elementów strojów. Udało mu się nawet utworzyć małą kupkę ubrań, które nadawały się do ponownego włożenia przed kolejnym praniem! Wystarczyło jednak rzucić okiem na górę ciuchów, aby dojść do wniosku, że Cameron przez długi czas po prostu brał z szafy kolejne ciuchy, brudne rzucając w kąt, licząc, że pranie i prasowanie zrobi się samo. Cóż, najwyraźniej reszta domowników była zbyt zajęta swoimi sprawami, aby zwrócić uwagę na cierpienia najmłodszego syna.
— Ugh... To chyba jeszcze miałem u Longbottomów. — Wzdrygnął się, gdy obwąchał białą koszulę, która zdążyła się okryć kurzem. Od razu wrzucił ją na priorytetową stertę. — No to jeszcze...
Nie zdążył nawet rzucić zaklęcia, gdy tuż, zanim rozległ się czyjś krzyk. W pierwszej chwili nawet nie rozpoznał, do kogo należał ten głos. Automatycznie podskoczył, uderzając przy tym kolanem o ramę łóżka, co z kolei sprawiło, że wywalił pięknego orła. Cameron skulił się do pozycji embrionalnej.
— Kurr... Cecylia, przysięgam ci, że cię kiedyś zamordu... — Uniósł głowę, aby spojrzeć na winną tego całego zamieszania. W pierwszej chwili założył, że to jego siostra zrobiła sobie przerwę od warzenia eliksirów na parterze, aby zepsuć mu dzień, jednak szybko zdał sobie sprawę, że ktoś inny zdecydował się go dziś podręczyć. — No... Cześć piękna, cześć.
Podniósł się niezgrabnie, a hipogryfy zaczęły galopować po rękawach szlafroka. Uśmiechnął się przelotnie, poprawiając szopę włosów na swojej głowie. Mimowolnie powłóczył wzrokiem po jej sylwetce.
— Dobiłaś targu z Cece, czy to osobista wendetta? — rzucił przekornie, nachylając się w stronę Rudej i nadstawiając policzek do pocałunku. Bo przecież mu się należało! Mógł coś sobie uszkodzić! A kto by mnie wtedy wyleczył?, pomyślał Lupin, odpychając od siebie myśl, że dom był pełen medyków, a w pokoju była Brygadzistka, która na pewno była po kursie pierwszej pomocy.