23.11.2022, 20:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2022, 20:42 przez Theseus Fletcher.)
Niewiele się zastanawiał. Nie patrzył na ludzi w poczekalni jak na kogoś, kto ma się tam dostać przed nim. W ogóle nie myślał, działał raczej instynktownie. I wykonywał polecenia, o których dopiero miał usłyszeć. Tego właśnie potrzebował w tej chwili, medyka, specjalisty od eliksirów, sam Merlin raczy wiedzieć czego.
Kładł właśnie poszkodowanego w miejscu, gdzie kobiecy głos kazał mu go położyć. Przetarł czoło brudne od nie jakiejś szadzi, na czole powstała smuga. Wcale sobie tym nie pomógł, jeśli chciał doprowadzić się do porządku.
- Nie, nie. – wystawił rękę i pokręcił dłonią, w geście odmowy. Niewiele mógł z siebie wydobyć, jeszcze w szoku. W końcu udało mu się skupić nieco większą uwagę na tym gdzie jest i kto jest przy nim. Ludzie mają taki odruch, ci którym nie jest obojętna krzywda innych, że jak zaczną się kimś w jakiś sposób opiekować, to ciężko im po prostu odejść. Fletcher chciał po prostu przy nim kucnąć i pilnować, czy sie nie przewraca. – Mi nic nie jest. – zapewnił. Sam w stu procentach pewien, że to prawda. Po prostu parę siniaków i kilka kropel potu. Nic więcej. Prawda?
- Nie wiem, ja byłem później. Wydaje mi się, że były tam dwie osoby. – rzucił. Po prawdzie, to pamiętał tyle co nic. Byli w wąskiej uliczce. Zaalarmował go ogromny huk i krzyk, z którego dało się wyłuskać strzępki jego znaczenia. Nie był to przypadkowy wypadek. Coś zaplanowanego. Mógł sobie gdybać, ale tak to wyglądało. – Zdaje mi się, że on mógł pracować tam. Na Horyzontalnej, choler-a. – Może był to jakiś sprzedawca? Piekł sobie bułeczki, wyszedł na papierosa i ktoś go przydybał. – Mnie się chyba nie spodziewali, bo to było w uliczce, na tyłach jakiegoś zakładu. – mówił bez ładu i składu, ale na bieżąco i w miarę świeżo. To, co pamiętał.
- Nie wiem, chyba? A to procedura jest jakaś do tego? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kładł właśnie poszkodowanego w miejscu, gdzie kobiecy głos kazał mu go położyć. Przetarł czoło brudne od nie jakiejś szadzi, na czole powstała smuga. Wcale sobie tym nie pomógł, jeśli chciał doprowadzić się do porządku.
- Nie, nie. – wystawił rękę i pokręcił dłonią, w geście odmowy. Niewiele mógł z siebie wydobyć, jeszcze w szoku. W końcu udało mu się skupić nieco większą uwagę na tym gdzie jest i kto jest przy nim. Ludzie mają taki odruch, ci którym nie jest obojętna krzywda innych, że jak zaczną się kimś w jakiś sposób opiekować, to ciężko im po prostu odejść. Fletcher chciał po prostu przy nim kucnąć i pilnować, czy sie nie przewraca. – Mi nic nie jest. – zapewnił. Sam w stu procentach pewien, że to prawda. Po prostu parę siniaków i kilka kropel potu. Nic więcej. Prawda?
- Nie wiem, ja byłem później. Wydaje mi się, że były tam dwie osoby. – rzucił. Po prawdzie, to pamiętał tyle co nic. Byli w wąskiej uliczce. Zaalarmował go ogromny huk i krzyk, z którego dało się wyłuskać strzępki jego znaczenia. Nie był to przypadkowy wypadek. Coś zaplanowanego. Mógł sobie gdybać, ale tak to wyglądało. – Zdaje mi się, że on mógł pracować tam. Na Horyzontalnej, choler-a. – Może był to jakiś sprzedawca? Piekł sobie bułeczki, wyszedł na papierosa i ktoś go przydybał. – Mnie się chyba nie spodziewali, bo to było w uliczce, na tyłach jakiegoś zakładu. – mówił bez ładu i składu, ale na bieżąco i w miarę świeżo. To, co pamiętał.
- Nie wiem, chyba? A to procedura jest jakaś do tego? – odpowiedział pytaniem na pytanie.