— Musiałby najpierw dbać o coś innego, niż własna dupa i status celebryty. Nie ma niczego szczerego w tej osobie — stwierdził Morpheus, z ukrywanym gniewem w głosie i dziwną dla niego zjadliwością, pełną pogardy. Złamane przyrzeczenia, że nie wypuszczą się z rąk, gdy ważne było tylko co tu i teraz, złamane serce, które ukształtowało wiele aspektów wieszcza. Nie ożenił się, nie pozwalał sobie kochać, bo nie zamierzał już nigdy więcej pozwolić na złamanie własnego serca. Miłość była piękna, łaskawa, ale miłość nie szukała poklasku i nie unosiła się dumą. Miłość nie była dla niego. Wystarczyły papierosy i zbyt wiele przelotnych uniesień w ramionach nieznajomych.
Powoli czuł, że się starzeje, że myśli o Dolohovie zbyt często, bo poszukuje we wspomnieniach tego szczęścia z młodzieńczych lat, nie zdając sobie sprawy, że wygładza je, upiększa, a może aż za bardzo to wiedząc i dlatego uciekając od tego. Przecież nic nie powie mu, bo co? Przeprosić? Za co? Zacisnął szczękę i zazgrzytał zębami. Po co poruszał jego temat, nie wiedział sam. Kiedyś, tamtego lata, strasznie go kochał.
— Nadzieja jest bronią. Nadzieja to dyscyplina. Czasami złość jest nadzieją pod innym imieniem. Nadzieja jest tarczą i tym, co chronisz. Widzisz, Eriku. Zło jest bardzo łatwe. — Wyciągnął przed siebie własną różdżkę, jakby chciał zakląć nieboskłon. — Drewno cisu, symbolu śmierci, sadzona na cmentarzach, trująca. Rdzeń z serca smoka, dziki, nieokrzesany, dobry do rzucania czarnomagicznych zaklęć. Tak łatwo byłoby poddać się temu, pracując pośród tajemnic, żyjąc w naszych czasach. Jakże łatwo byłoby przywdziać płaszcze i maski. Ale tacy jak Śmierciożercy będą wyśmiewać nadzieję i dobro, chcąc uczynić z nich coś dziecinnego, bo wiedzą, że idą po najmniejszej linii oporu i chcą to ukryć. Zło jest proste i banalne, zblazowane. To dobro wymaga prawdziwych poświęceń i silnego charakteru.
Ścisnął usta w cienką kreskę i spojrzał tym charakterystycznym, przenikającym spojrzeniem, na Erika. Słowo zemsta wisiało w powietrzu między nimi, okraszone miłością cykad. Zupełnie jakby czekali w Gaju Oliwnym na świt i na zdradziecki pocałunek Judasza, który ich zdradzi. Zbawcy świata, szlachetni rycerze. Morpheus myślał o tym, że bardziej krzyczy w pustkę, że co ma przeminąć, to przeminie, a co ma zranić, do krwi zrani.
— Świadoma bierność to przyzwolenie — zamyślił się. — Nie myśl o tym ciągle, zamiast tego poproś, aby się twoja miłość uśmiechała.
Morpheus czuł się od kilku dni bardzo nieswojo. Jakby granica między tym co będzie i co nadejdzie była zbyt cienka.