Kim był właściwie Morpheus Longbottom? Co się dzieje, gdy stajemy się maską, którą przybieramy? Gdy fałszywa tożsamość, stworzona na potrzebę miejsca, ukrycia swojej duszy przed harpiami, przywdziewana o poranku, w której trwamy nawet w samotności, przenika tak mocno, że zapominamy, że nie jest prawdziwa? Pierwszy raz założył maskę, gdy skończył piętnaście lat. Kalejdoskop ekscentryczności i powagi, głębokich filozoficznych przemyśleń i śmiechu z głębi trzewi, aż zaraźliwego, chociaż czasami szyderczego. Arystokrata z krwi i kości, elegancki, dystyngowany, zawsze ubrany odpowiednio do sytuacji, a jednak w tym zbyt długim spojrzeniu, nieprzerwanym mruganiem, tkwiły płomienie trawiące Troję i krzyk szaleństwa.
Milczenie towarzyszki nie zbiło go z tropu. Wspiął się z nią na szczyt schodów, za gospodarzem, trochę tak, jakby ciepło jej ciała obok dawało mu otuchę, nie w żadnym erotycznym znaczeniu, a bardzo ludzkim. Nie flirtuje się z przyszłą żoną kogoś, kto przepisuje ci leki nasenne i resztki zdrowego rozumu zależą bardzo mocno od jego recepty. Lubił Peresusa Blacka, profesjonalnego i bardzo uroczego magipsychiatrę, którego laseczka przyprawiała Longbottoma za każdym razem o sprośne myśli.
— Proszę tutaj — wskazał dłonią pan Seggins, prowadząc ich wzdłuż korytarza, wyłożonego dębową boazerią i jedwabną tapetą z poprzedniego stulecia o trującym kolorze absyntu. Na ścianach wisiały dzieła sztuki, podpisane małymi, miedzianymi plakietkami, ale Morpheus nie zatrzymał się przy nich. Lubił patrzeć na sztukę, ale teraz pracował, poza tym podobne miał w domu. Tym różnili się arystokraci od nowobogackich dorobkiewiczów, ich nie poruszała taka wystawność, widzieli, kiedy to tylko pudrowanie i w innych miejscach czuć zgnilizną, kiedy bogactwo jest na pokaz, gdy nie urodziłeś się w pewnym standardzie i nie wychowałeś.
Dotarli do ogromnych drzwi, od których magia zabezpieczająca aż wibrowała. Kurator zdjął blokady i wprowadził dwójkę do jasno oświetlonego pomieszczenia bez okien. Jedynym przedmiotem, w centrum komnaty, był zwój, umieszczony na postumencie imitującej kolumnę dorycką. Szkło na powierzchni rozpłynęło się, gdy pan Seggins dotknął go swoją różdżką.
— Proszę zostawić nas samych. Dziękuję
— wieszcz uśmiechnął się kurtuazyjnie i podszedł do artefaktu, czując jego moc, ale nie rozumiejąc jej jeszcze. To była bardzo prymitywna diagnoza, jasna dla każdego czarodzieja z chociażby połówką mózgu. W Departamencie Tajemnic zajmowali się dużo delikatniejszymi sprawami. Z połów swojej szaty wyciągnął mały skórzany przybornik, który rozwinął. Instrumenty badawcze odlane ze stopu żelaza, aby jak najmniej reagować z magią, profesjonalnie piękne.[/a]— Datowanie się zgadza — oznajmił po chwili nachylania się nad artefaktem, magicznie rozwiniętym zwojem. — Niestety został zaczarowany, aby poza wstęp rozwijać się jedynie mechanicznie, rękoma.
Z powagą i ostrożnością, w całkowitym skupieniu, zaczął rozwijać zwój. Nic się nie stało, przynajmniej tak mu się wydawało. Żadna część jego ciała nie doznała urazu ani nic nie zaczęło się niszczyć. Ściany jak stały, tak stoją. Nie zauważył jednak, że jego skóra zaczęła mienić się bielą i półprzejrzystym różowym poblaskiem, jakby zmienił się w posąg z masy perłowej.