20.01.2024, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2024, 21:35 przez Astaroth Yaxley.)
Dobra, jednak nieco się uśmiechnąłem na jej wyzwiska kierowane w moją stronę, bo Kimi jednak pozostawała w formie. Jej temperament po śmierci ojca nie zmalał, więc... mogłem się nieco łudzić, że wszystko było w jak najlepszym porządku, choć nie było. Nie dość, że została bez ojca, to jeszcze beze mnie. Nie było nikogo, kto by jej robił bukiety z marchewki albo sadzał na ramiona by mogła widzieć koncert.
Aż przekartkowałem notes by zobaczyć nasze śmieszki z marchewek w wazonie. Zdawać by się mogło, że miało to miejsce jeszcze nie tak dawno temu, a jednak minęło ponad pół roku od tych naszych zuchwałych wypraw po cudzych ogródkach. Wróciłem czym prędzej do aktualnej strony i jeszcze raz dla pewności poprawiłem samopiszącym piórem słowa Nie można jeść Kimi.
Już wolałbym ugryźć Elżbietę i mieć tarapaty nie z tej ziemi, niż moją drogą przyjaciółkę na zawsze, więc ani drgnąłem, kiedy się na mnie wydzierała. Trwałem nieruchomo, bojąc się nawet oddychać, więc właściwie nie oddychałem. Tak też miałem z opóźnieniem wyłapać jej zapach, słodki i zapewne aktualnie również smakowity.
Przemknąłem językiem po górnych zębach. Nie czułem wysuniętych kłów, ale wiedziałem, że w odpowiednim momencie się pojawiają. Ba!, pewnie gdybym się postarał, to wpadłyby do mnie w odwiedzinach na zawołanie. Nie chciałem tego robić. Kusić niczego. Miałem interesującą lekturę... tu gdzieś. Będę czytał, a w nocy wyjdę na dalsze łowy i tyle będzie mnie widzieć... Kimi. Znowu zostawię ją samą ze wszystkim. Zresztą, czemu się kręciła po Highlandach sama? Aktualnie nie było to bezpieczne. Nie tylko przez warunki atmosferyczne, ale również przez potwora, na którego otrzymałem zlecenie.
Zesztywniałem momentalnie, bo Kim już tu była. Dobijała się do drzwi, a wiedziałem, że nie odpuści. Ona nigdy nie odpuszczała, więc żeby nie zrobiła sobie krzywdy, to po prostu stanąłem obok, oddzielając nas od siebie trzymanym notatnikiem. Jasny znak, żeby się nie zbliżała.
I właśnie, co miałem jej powiedzieć? Teoretycznie zakazano mi mówić obcym, że jestem wampirem, ale... to była Kim. Mogłem jej zaufać. Nawet oddać życie w ręce, więc podniosłem na nią spojrzenie i pokiwałem głową z miną przegrywa.
- Pisałem ci, że jestem chory... Jest gorzej, Kimi - zacząłem niezbyt pocieszony, zastanawiając się, w jaki sposób jej to przekazać. Swoją drogą, cieszyłem się, że jest cała, zdrowa i że za wiele się nie zmieniła przez tych kilka miesięcy. W przeciwieństwie do mnie. Niestety.
- Ja... umarłem - przyznałem, choć to wiele nie wyjaśniało. Mogłem umrzeć na wiele sposobów i na wiele sposobów mogłem wstać z grobu, a ten tu mój sposób... Ale z kolei sporo wyjaśniało, dlaczego byłem blady, miałem sińce wokół oczu i nie chciałem jej widywać. - Stałem się, cóż, wam...pirem, więc ja... Właściwie to ty... Wyjdź stąd - odparłem niemalże błagalnie, bo już czułem ból. Nawet nie mrowienie, tylko ból w zębach. Słowo wampir wypowiedziałem szeptem.
To był koniec przygód Aska i Kimi. Wbijałem w nią nieruchome spojrzenie i cieszyłem się, że miała ten pogrzebacz w ręce i magię nieograniczoną różdżką. Na razie jednak stałem z notesem wyciągniętym przed siebie, jakby to była moja tarcza, jakby mogła nas ocalić. Zaciskałem na nim palce. Musiał mi wystarczyć.
Aż przekartkowałem notes by zobaczyć nasze śmieszki z marchewek w wazonie. Zdawać by się mogło, że miało to miejsce jeszcze nie tak dawno temu, a jednak minęło ponad pół roku od tych naszych zuchwałych wypraw po cudzych ogródkach. Wróciłem czym prędzej do aktualnej strony i jeszcze raz dla pewności poprawiłem samopiszącym piórem słowa Nie można jeść Kimi.
Już wolałbym ugryźć Elżbietę i mieć tarapaty nie z tej ziemi, niż moją drogą przyjaciółkę na zawsze, więc ani drgnąłem, kiedy się na mnie wydzierała. Trwałem nieruchomo, bojąc się nawet oddychać, więc właściwie nie oddychałem. Tak też miałem z opóźnieniem wyłapać jej zapach, słodki i zapewne aktualnie również smakowity.
Przemknąłem językiem po górnych zębach. Nie czułem wysuniętych kłów, ale wiedziałem, że w odpowiednim momencie się pojawiają. Ba!, pewnie gdybym się postarał, to wpadłyby do mnie w odwiedzinach na zawołanie. Nie chciałem tego robić. Kusić niczego. Miałem interesującą lekturę... tu gdzieś. Będę czytał, a w nocy wyjdę na dalsze łowy i tyle będzie mnie widzieć... Kimi. Znowu zostawię ją samą ze wszystkim. Zresztą, czemu się kręciła po Highlandach sama? Aktualnie nie było to bezpieczne. Nie tylko przez warunki atmosferyczne, ale również przez potwora, na którego otrzymałem zlecenie.
Zesztywniałem momentalnie, bo Kim już tu była. Dobijała się do drzwi, a wiedziałem, że nie odpuści. Ona nigdy nie odpuszczała, więc żeby nie zrobiła sobie krzywdy, to po prostu stanąłem obok, oddzielając nas od siebie trzymanym notatnikiem. Jasny znak, żeby się nie zbliżała.
I właśnie, co miałem jej powiedzieć? Teoretycznie zakazano mi mówić obcym, że jestem wampirem, ale... to była Kim. Mogłem jej zaufać. Nawet oddać życie w ręce, więc podniosłem na nią spojrzenie i pokiwałem głową z miną przegrywa.
- Pisałem ci, że jestem chory... Jest gorzej, Kimi - zacząłem niezbyt pocieszony, zastanawiając się, w jaki sposób jej to przekazać. Swoją drogą, cieszyłem się, że jest cała, zdrowa i że za wiele się nie zmieniła przez tych kilka miesięcy. W przeciwieństwie do mnie. Niestety.
- Ja... umarłem - przyznałem, choć to wiele nie wyjaśniało. Mogłem umrzeć na wiele sposobów i na wiele sposobów mogłem wstać z grobu, a ten tu mój sposób... Ale z kolei sporo wyjaśniało, dlaczego byłem blady, miałem sińce wokół oczu i nie chciałem jej widywać. - Stałem się, cóż, wam...pirem, więc ja... Właściwie to ty... Wyjdź stąd - odparłem niemalże błagalnie, bo już czułem ból. Nawet nie mrowienie, tylko ból w zębach. Słowo wampir wypowiedziałem szeptem.
To był koniec przygód Aska i Kimi. Wbijałem w nią nieruchome spojrzenie i cieszyłem się, że miała ten pogrzebacz w ręce i magię nieograniczoną różdżką. Na razie jednak stałem z notesem wyciągniętym przed siebie, jakby to była moja tarcza, jakby mogła nas ocalić. Zaciskałem na nim palce. Musiał mi wystarczyć.