21.01.2024, 00:45 ✶
Pisnęła, bo nie spodziewała się, że ją podniesie. Mogłaby przecież sama dotrzeć do kanapy, to nie był na tyle mocny ból, by nie mogła chodzić. Ale zaraz się roześmiała i nie protestowała, bo przecież która dziewczyna nie chciałaby być teraz na jej miejscu?
- Nic mi nie jest, wykręciłam ją po prostu, zaraz przejdzie - powiedziała cicho, kręcąc głową. Często jej się tak działo, bo nie patrzyła pod nogi jak szła. Co prawda było już lepiej, niż te kilka lat temu gdy potrafiła przewrócić się na prostej drodze, ale czasem przez ten jej pośpiech wyłaziła z niej niezdarność. Teraz jednak to był czysty przypadek i wina wysokich butów. I tego cholernego świstoklika. - Jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy. Nie miałam też nigdy nic złamanego, nie licząc żeber po bliskim spotkaniu z drzewem, ale to nie była wtedy moja wina.
Otuliła się podaną marynarką. To nie do końca była prawda, że to nie była jej wina, bo gdyby wtedy nie pchała się tam, gdzie nie była potrzebna... W gruncie rzeczy Quirke mogła uważać się za ogromną szczęściarę, bo ta cała sprawa z atakiem na hodowlę w Portsmouth mogła skończyć się dużo, dużo gorzej. Gdyby nie Laurent i hipogryfy, to zapewne ucierpiałby też Alexander i sam właściciel hodowli. A kto wie - może nawet jej ojciec, który wtedy również był obecny? Olivia westchnęła, na chwilę odpływając myślami. Od tamtego wydarzenia stała się trochę ostrożniejsza, bo czym innym było czytanie o kolejnych atakach, a czym innym było zostać zaatakowanym. Na jej szczęście żebra zrosły się prawidłowo, ale od tamtego momentu rodzice otoczyli ją metaforycznym kloszem i troską, która chyba wynikała z tego, że nie do końca Olivii ufali. Nie dziwiła im się w zasadzie, każdy miał jakąś granicę wytrzymałości i cierpliwości.
- Tristan, daj spokój, przecież nic się nie stało, tylko źle stanęłam przy lądowaniu - na jej policzki wstąpił rumieniec, nie była przyzwyczajona do tego, by ktokolwiek pomagał jej w zdejmowaniu butów. Kostka nie była skręcona, to było zwykłe naciągnięcie - poboli kilka minut i przestanie, nic poważnego. - Wstań, proszę cię.
Spojrzała na płomień świecy, a zaraz potem na kominek. Będzie trzeba go rozpalić, ale wątpiła, żeby Tristan pozwolił jej teraz wstawać. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała.
- Może zrobię herbaty? - zapytała niepewnie, zerkając na niego z ciekawością. Teraz ją uziemi na kanapie? Nie chciałaby, by musiał robić wszystko sam. Nie była do tego przyzwyczajona i nie chciała tego zmieniać, w gruncie rzeczy była osobą dość samodzielną. Gdy inni ją wyręczali, czuła się skrępowana.