21.01.2024, 14:42 ✶
Ostatnie dwa tygodnie były okropne. Nie wysypiałem się, nie potrafiłem zebrać myśli, skupiać się i też z apetytem było u mnie kiepsko, chociaż uwielbiałem jeść i to z reguły nawet dużo jak na typowe standardy, a jednak... Niewiadoma, pod którą trzymała mnie Avelina, sprawiała, że czułem się w ten oto sposób, jakby niepasujący do życia, będący bardziej marą, a nie czarodziejem z krwi i kości. A jednak. Wstawałem, jadłem co nieco, pracowałem, potem z pracy wracałem i znowu kładłem się spać.
Imogen mówiłem, że po prostu jestem przemęczony. Właściwie, to była prawda. Obrazki z książek, ze stołu sekcyjnego, raporty - wszystko mazało mi się przed oczami, przestawiało. Łapałem się na tym, że nie byłem pewien, czy pewną czynność już zrobiłem, więc sprawdzałem. Sprawdzałem również następnego dnia swoją pracę, czy aby na pewno nic nie poprzekręcałem, bo w głowie miałem tylko ją i te swoje myśli, że jednak powinniśmy się rozstać. Tak na dobre, nie utrzymując nawet przyjaźni. Tak byłoby najrozważniej, najbezpieczniej, najgorzej zarazem, ale przynajmniej nie czulibyśmy się tak... Może mielibyśmy złamane serca, ale nie bylibyśmy zawieszeni pomiędzy miłością a przyjaźnią, tak w pół drogi, wciąż siebie pragnąc i jednocześnie nie mogąc razem być.
I choć tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Tyle razy pragnąłem chociażby zakraść się na Pokątną, gdzieś ukryć za filarem i obserwować jak wychodzi z pracy, ale zaniechałem podobnym czynnościom. Obiecałem jej przecież, że będę czekał na list, więc czekałem, a kiedy nadszedł, to, cóż, wcale nie miałem ochoty iść na to spotkanie. Nie miałem odwagi ani chęci... Nie miałem.
Szedłem jak na skazanie. Pogoda wyczuwała najwyraźniej mój nastrój. To napięcie przed burzą było wyczuwalne w każdym skrawku parku. Nie znosiłem go, choć było tu niesamowicie pięknie i spokojnie, nawet jak na mugolskie standardy, więc... Szedłem jak na skazanie, wspominając nasze ostatnie spotkanie w tym miejscu. Tak łatwo było nam się pokłócić, rozejść i kropka. Może właśnie dlatego chciała się tu spotkać? By było łatwiej?
Ubrany w niebieski garnitur, uczesany pedantycznie... Tak właściwie, to się nie przebierałem po pracy. Nie miałem do tego głowy ani chęci, bo tylko siedziałem w gabinecie i wciąż, i wciąż czytałem krótki list, który nie mówił za wiele. Krótka informacja, ale sprawiała, że wszystko we mnie się zmieniało, powywracało, a myśli, cały mój umysł domagał się odpowiedzi, które mogłem otrzymać jedynie tam - w altanie.
- Jestem - odparłem nieco zbyt sztywno, ale uśmiechnąłem się delikatnie na powitanie. Jej obecność, jej głos... Sprawiła sobą, że poczułem się nieco lżej, tylko czemu miały służyć te szachy? Czemu przeciągać tę maskaradę w nieskończoność?
Mimo wszystko jednak odpiąłem guziki marynarki i usiadłem na przeciw niej. Nie miałem ochoty grać, nawet od dawna nie grałem w szachy, ale odetchnąłem głęboko i już układałem strategię w swojej głowie. Zerknąłem na Avelinę, ale ona nie patrzyła w moją stronę. Unikała tego kontaktu.
- Zacznij - powiedziałem krótko, zamierzając dać jej fory tylko w tym jednym punkcie. Potem zniszczę ją doszczętnie. Zniszczę nas. Przyspieszę rozmowę szybką wygraną i nie pozwolę sobie na odwlekanie. Nie tym razem.
Imogen mówiłem, że po prostu jestem przemęczony. Właściwie, to była prawda. Obrazki z książek, ze stołu sekcyjnego, raporty - wszystko mazało mi się przed oczami, przestawiało. Łapałem się na tym, że nie byłem pewien, czy pewną czynność już zrobiłem, więc sprawdzałem. Sprawdzałem również następnego dnia swoją pracę, czy aby na pewno nic nie poprzekręcałem, bo w głowie miałem tylko ją i te swoje myśli, że jednak powinniśmy się rozstać. Tak na dobre, nie utrzymując nawet przyjaźni. Tak byłoby najrozważniej, najbezpieczniej, najgorzej zarazem, ale przynajmniej nie czulibyśmy się tak... Może mielibyśmy złamane serca, ale nie bylibyśmy zawieszeni pomiędzy miłością a przyjaźnią, tak w pół drogi, wciąż siebie pragnąc i jednocześnie nie mogąc razem być.
I choć tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Tyle razy pragnąłem chociażby zakraść się na Pokątną, gdzieś ukryć za filarem i obserwować jak wychodzi z pracy, ale zaniechałem podobnym czynnościom. Obiecałem jej przecież, że będę czekał na list, więc czekałem, a kiedy nadszedł, to, cóż, wcale nie miałem ochoty iść na to spotkanie. Nie miałem odwagi ani chęci... Nie miałem.
Szedłem jak na skazanie. Pogoda wyczuwała najwyraźniej mój nastrój. To napięcie przed burzą było wyczuwalne w każdym skrawku parku. Nie znosiłem go, choć było tu niesamowicie pięknie i spokojnie, nawet jak na mugolskie standardy, więc... Szedłem jak na skazanie, wspominając nasze ostatnie spotkanie w tym miejscu. Tak łatwo było nam się pokłócić, rozejść i kropka. Może właśnie dlatego chciała się tu spotkać? By było łatwiej?
Ubrany w niebieski garnitur, uczesany pedantycznie... Tak właściwie, to się nie przebierałem po pracy. Nie miałem do tego głowy ani chęci, bo tylko siedziałem w gabinecie i wciąż, i wciąż czytałem krótki list, który nie mówił za wiele. Krótka informacja, ale sprawiała, że wszystko we mnie się zmieniało, powywracało, a myśli, cały mój umysł domagał się odpowiedzi, które mogłem otrzymać jedynie tam - w altanie.
- Jestem - odparłem nieco zbyt sztywno, ale uśmiechnąłem się delikatnie na powitanie. Jej obecność, jej głos... Sprawiła sobą, że poczułem się nieco lżej, tylko czemu miały służyć te szachy? Czemu przeciągać tę maskaradę w nieskończoność?
Mimo wszystko jednak odpiąłem guziki marynarki i usiadłem na przeciw niej. Nie miałem ochoty grać, nawet od dawna nie grałem w szachy, ale odetchnąłem głęboko i już układałem strategię w swojej głowie. Zerknąłem na Avelinę, ale ona nie patrzyła w moją stronę. Unikała tego kontaktu.
- Zacznij - powiedziałem krótko, zamierzając dać jej fory tylko w tym jednym punkcie. Potem zniszczę ją doszczętnie. Zniszczę nas. Przyspieszę rozmowę szybką wygraną i nie pozwolę sobie na odwlekanie. Nie tym razem.