Starałam się być nadal sobą po śmierci ojca, starałam się cieszyć tak samo drobnymi chwilami, udawać, że wszystko jest tak jak było. Chociaż nie było. Cholernie tęskniłam za jego listami, za jego opowieściami, co widział i kogo spotkał. Kochałam z nim podróżować, był mi naprawdę bliski. Z matka nie umiem znaleźć wspólnego języka, nie umiem się z nią dogadać, ciągle się z nią kłócę, mam tego serdecznie dosyć. Czasami łapię się na myśli, że lepiej by było, gdyby to ona zginęła i cholernie mnie to przeraża. Przy ostatniej kłótni prawie jej to powiedziałam, ale myślę, że się domyśliła o co mogło mi chodzić. Wstyd mi z tego powodu, tak cholernie wstyd.
Teraz jeszcze dochodziło to, że Yaxley nie chciał mnie do siebie dopuścić, unikał mnie, teraz barykadował drzwi. Zaczęłam nawet uderzać z bara w nie, aby dostać się do środka. Jak mógł? Wiecie co? Byłam blisko tego, aby się poddać w próbie nawiązywania z nim kontaktu. Próbowałam nawet iść do jego siostry, ale też unikała odpowiedzi, nie dopuszczała mnie do niego, kłamała, że go nie ma, chociaż czułam, że był. To mogła być paranoja, ale nie ważne. Czasami mam wrażenie, że jestem trochę pieprznięta. Na przykład teraz? Trzymam w ręku pogrzebacz i próbuję porozmawiać z Astarothem. To nie jest normalne, że tak witam mojego drogiego przyjaciela w swoich skromnych progach po kilku miesiącach rozłąki, prawda? Nie miałam jednak czasu na to, aby się nad tym zastanawiać, bo w końcu drzwi ustąpiły, a tam zobaczyłam jego.
Nadal był wysoki, ale jakiś bardziej bledszy i niewyspany. Pewnie zamiast spać oglądał jakieś świerszczyki pacan jeden, a zamiast jeść trzepał do zdjęć nagich mugolek! Na pewno! Jestem tego w stu procentach pewna! Wyprostowałam się, zagarnęłam dłonią swoje loki za ucho i przyglądałam się mu podejrzliwie. Nie podobało mi się to jak na mnie patrzył i to jak się zachowywał i to, że BRONIŁ SIĘ PRZEDE MNĄ JAKIMŚ PIEPRZONYM ZESZYTEM.
Ja... umarłem.
Pokręciłam głową z niedowierzeniem. Czy on serio z drzewa spadł i mu jakaś piąta klepka wypadła? Doskonale wiedział, że umarł mi ojciec, a on sobie jaja ze śmierci robił? Chory na śmierć, czy co? Już miała w niego rzucić pogrzebaczem, aby się obudził, ale kontynuował swoją zagadkową wypowiedź. Jak na mnie naprawdę długo milczałam.
– Jak… jak to wampirem? – zapytałam naprawdę głupią garbiąc się przy tym i patrząc na niego pytająco. – Asek, jak to się stało? I to jest ten twój wielki powód, aby mnie nie ogaląda? Czy cię pojebało? – w moich oczach zebrały się łzy. – Umarłeś? Umarł to mój ojciec, a ty tu jesteś i nie chcesz… Jak mogłeś mnie tak zostawić patafianie zasrany – przetarłam wierzchem dłoni oczy, aby się przed nim nie rozpłakać. Jeszcze tego brakowało. – Musisz pić krew, tak? – wciągnęłam powietrze nosem. – Czy ty… jesteś… głodny? – zapytałam niepewnie unosząc w jego kierunku swoją lewą dłoń w prawej miałam nadal w pogotowiu swoją broń w razie, gdyby coś mu odjebało. Głupi debil. Myślał, że go zostawię, bo jest sobie jakąś tam przeklętą pijawką?