21.01.2024, 20:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.01.2024, 20:24 przez Edward Prewett.)
Reakcja na jej słowa? Zaśmiałem się krótko, nieco rozbawiony. Na tę chwilę Brenna Longbottom wyglądała mi na Brennkę Longbottom, dziewczynkę, która dużo mówiła, a mało robiła. Przyszła porozmawiać, tak niewinnie, tak po prostu poinformować. Ale mścić, o nie! Nie mścić się! Aby tylko chciałaby zobaczyć Voldemorta w grobie! Doprawdy zabawne!
- Zdajesz sobie sprawę, że w grobie znajdzie się dopiero wtedy, kiedy ktoś go tam położy...? - zapytałem ją tak dla pewności, bo trochę błądziła z tą swoją (nie)wendetą. W moim świecie każdy wróg szedł do piachu, może za wyjątkiem przydatnych wrogów - można było ich czule nazywać dobrymi szkodnikami - oraz mojej córki chrzestnej, która to z kolei była parszywym szkodnikiem, którego nie można było tknąć.
Jeśli zaś chodziło o nazwisko Voldemorta, to nie robiło na mnie wrażenia. Już większe robiła Florence Bulstrode, jeśli chodziło o nazwiska niezbyt mi przychylne. Albo Longbottom w każdym wydaniu. Albo ta Ministra Magii... Och, pożal się Matko! Z pozytywnych nazwisk, z którymi mógłbym sobie swobodnie porozmawiać przy lanczyku, to takie najzacniejsze, rzecz jasna, jakiś Prewett, Buruk albo Winsdor... To była prawdziwa liga. Najbogatsi z najbogatszych. Nazwiska, które chociaż coś znaczyły.
Choć takie nazwisko persony, co to zaburzyła spokój w New Forest... Również mogło być ciekawą zdobyczą.
- Do rzeczy, do rzeczy, panno Longbottom. Czas to pieniądz, a ja, na domiar złego, zaczynam się nudzić - odparłem, blefując rzecz jasna, bo byłem diabelnie ciekawy tego nazwiska i skąd się wzięło u Longbottomówny. Zamierzałem sprawdzić i jedno, i drugie. Potwierdzić, delikwenta dorwać i wycisnąć z niego ostatnie poty, ale... nazwisko. Chciałem je mieć podane na tacy - tu i teraz.
- Poproszę nazwisko i jasną informację, co panna za nie chce - dodałem w ramach uzupełnienia, w razie gdyby to nie było dla niej do końca jasne. Sięgnąłem po pióro z kałamarza i po jeden z czystych pergaminów, na których z reguły pisywałem listy, z dumnym godłem rodowym Prewettów.
- Zdajesz sobie sprawę, że w grobie znajdzie się dopiero wtedy, kiedy ktoś go tam położy...? - zapytałem ją tak dla pewności, bo trochę błądziła z tą swoją (nie)wendetą. W moim świecie każdy wróg szedł do piachu, może za wyjątkiem przydatnych wrogów - można było ich czule nazywać dobrymi szkodnikami - oraz mojej córki chrzestnej, która to z kolei była parszywym szkodnikiem, którego nie można było tknąć.
Jeśli zaś chodziło o nazwisko Voldemorta, to nie robiło na mnie wrażenia. Już większe robiła Florence Bulstrode, jeśli chodziło o nazwiska niezbyt mi przychylne. Albo Longbottom w każdym wydaniu. Albo ta Ministra Magii... Och, pożal się Matko! Z pozytywnych nazwisk, z którymi mógłbym sobie swobodnie porozmawiać przy lanczyku, to takie najzacniejsze, rzecz jasna, jakiś Prewett, Buruk albo Winsdor... To była prawdziwa liga. Najbogatsi z najbogatszych. Nazwiska, które chociaż coś znaczyły.
Choć takie nazwisko persony, co to zaburzyła spokój w New Forest... Również mogło być ciekawą zdobyczą.
- Do rzeczy, do rzeczy, panno Longbottom. Czas to pieniądz, a ja, na domiar złego, zaczynam się nudzić - odparłem, blefując rzecz jasna, bo byłem diabelnie ciekawy tego nazwiska i skąd się wzięło u Longbottomówny. Zamierzałem sprawdzić i jedno, i drugie. Potwierdzić, delikwenta dorwać i wycisnąć z niego ostatnie poty, ale... nazwisko. Chciałem je mieć podane na tacy - tu i teraz.
- Poproszę nazwisko i jasną informację, co panna za nie chce - dodałem w ramach uzupełnienia, w razie gdyby to nie było dla niej do końca jasne. Sięgnąłem po pióro z kałamarza i po jeden z czystych pergaminów, na których z reguły pisywałem listy, z dumnym godłem rodowym Prewettów.