Poznana przez niego prawda rzuciła nowe światło na obecność młodych Mulciberów w tym domu. Chester uważał że łamanie szkolnego regulaminu stanowiło element szkolnego życia każdego ucznia. Nawet jemu zdarzało się opuszczać komnaty Slytherinu. W przypadku Mulciberów niefortunnie zgrało się to ze śmiercią szlamowatej uczennicy, która za swojego życia stała się ofiarą dokuczających jej rówieśników. On również miał za sobą etap, w którym gnębił szlamy. Obecnie musiał ograniczyć się do spoglądania z wyższością i pogardą na zatrudnione w Departamencie Przestrzegania Prawa szlamy. Przecież nie zamknie w szafie szlamowatego Aurora albo Brygadzisty. Za to groziłyby mu znacznie poważniejsze konsekwencje, niż udzielenie mu szlabanu przez profesora. Naprawdę zamierzał im pomóc na miarę swoich możliwości. Przecież nie mieli krwi na rękach.
Rookwood obudził się wcześnie na dźwięk budzika. Przecierając oczy usiadł na łóżku. Po jego opuszczeniu skierował swoje kroki do znajdującej się w pobliżu należącej do niego sypialni łazienki. Sam pokój opuścił już w mundurze. Nie zwykł schodzić na śniadanie w narzuconym na piżamę szlafrok. W jego oczach stanowiło to jeden z dobrych nawyków i świadczyło to dobrym zorganizowaniu. W dni wolne od pracy zdarzało mu się pospać dłużej, niż zwykle jednak nie potrafił wyzbyć się tego rodzaju nawyku. Spojrzał na swój zegarek - określił w ten sposób czas pozostały do odbywającego się w jadalni śniadania.
Postanowił zapalić. Instynktownie sięgnął do kieszeni spodni w poszukiwaniu paczki papierosów oraz pudełeczka magicznych zapałek. Również nie odnalazł magicznej zapalniczki. Przeszukał pozostałe kieszenie, nie wyczuwając pod palcami żadnego ze znanych sobie kształtów. Nie uświadczył gładkości papieru, z którego wykonanego paczkę fajek, szorstkości draski na boku pudełeczka czy chłodu bijącego od metalowej zapalniczki. Nic. Oznaczało to, że musiał pozostawić papierosy w jednym z pomieszczeń w tej posiadłości. Postanowił ją znaleźć osobiście, choć do tego celu mógł wezwać skrzata domowego. Mógłby powstrzymać się od tego do czasu zakończenia śniadania i momentu opuszczenia posiadłości, ale jak wszyscy nałogowcy musiał ulec swojemu nałogowi. W jego krwiobiegu brakowało porannej dawki nikotyny.
W poszukiwaniu swojej własności dotarł w końcu do gabinetu. Tutaj również nie znalazł paczki papierosów i zapałek. Ruszył w takim razie dalej. Po drodze minął skrzata domowego. Niewidzialne oczy i uszy tej posiadłości, wiernie służące swoim panom. Pozostając wciąż na tropie zaginionej paczki papierosów zabrnął w okolice tarasu. Przez oszklone drzwi dostrzegł stojącego na nim plecami w stronę wejścia do budynku Mulcibera. Zdecydował się wyjść na taras przemykając przez jego niezamknięte drzwi niczym duch. Wszak ten dom pozostawał zabezpieczony przed wtargnięciem intruzów, nie przed domownikami. Niemalże bezszelestnie zbliżył się do Mulcibera, przed którym już nie zamierzał ukrywać swojej obecności.
Jak tylko stanął obok niego, jego oczom ukazał się niecodzienny widok. Jedna z jego brwi uniosła się wysoko w górę na widok Richarda z należącą do niego paczką papierosów spoczywającą na balustradzie, jednym z papierosów między wargami i zapałkami w dłoniach, bezskutecznie próbującego go zapalić. Przewrócił zaraz oczami. Dla lepszego zamanifestowania swojej obecności chrząknął znacząco.
— To nie należy do ciebie. — Zakomunikował wyciągając dłoń po swoje papierosy. Nie schował ich do kieszeni spodni, jedynie przesunął je do siebie. Wyciągnął mu również z dłoni pudełko zapałek. Na samym końcu uderzył go wyprostowaną dłonią w potylicę - na tyle mocno aby to odczuł. Ten cios pozostawał na tyle wyważony, że nie miał za zadanie zrobić mu większej krzywdy. Gdyby nie był przedstawicielem prawa to utarłby mu nos nakazując mu wypalić kilka papierosów pod rząd. Skończyłoby się to dla niego bólem głowy i brzucha, nudnościami albo wymiotami. Mogłoby go to skutecznie oduczyć palenia. — Jeśli następnym razem przyłapię cię ze swoimi papierosami albo cygarami mojego ojca to gwarantuję ci, że wypalisz całą paczkę, jeden papieros po drugim i będziesz potem rzygać dalej niż widzisz. — Prychnął. Nie rzucał słów na wiatr, o czym może Richardowi przyjdzie się przekonać.