Gorzki śmiech, w którym nie było ani grama poprzedniej wesołości odbił się od ścian małego mieszkanka, gdy Morpheus oparł głowę o zagłówek fotela, odsłaniając szyję i jabłko Adama. Dym buchnął przy tym z nozdrzy i z płuc, jakby fakt, że w jego różdżce znajdował się rdzeń z serca smoka, upodobnił go do tego dzikiego i niebezpiecznego stworzenia. Śmiech brzmiał niemal okrutnie w ciepłej przestrzeni wieczora, gdy niebo nadal nieco błękitne, zaczynało pysznić się fioletami oraz pierwszymi iskrami gwiazd, niczym cekinami z sukni panny młodej. Grupa wesołej młodzieży posłała w niebo fajerwerki śmiechu, słyszane z wnętrza mieszkania. Dwa tygodnie później przestrzeń zapełni się jeszcze absolwentami Hogwartu, wkraczającymi w nowe życie oraz tymi, którzy korzystali z letnich wakacji. Latem świat zdawał się tak beztroski, że jedyne, czego się pragnęło, to miękki koc na polanie oblanej słońcem oraz lodowate jezioro.
— Neil, ja nie ratuję świata. Ja kataloguję przepowiednie i testuję techniki zakrawające na tortury, aby je wymusić. Nie ma znaczenia nawet ich treść. To śmieszne. Nie można zmusić bogów, aby mówili.
Wypił do dna herbatę, chociaż była nieco za ciepła. Nieprzyjemne uczucie zostało mu na języku, oparzenie. Herbata okazała się gęsta od pogardy do siebie samego, gorzka od poczucia winy, które gniło na dnie jego żołądka. Mógł to na chwilę wyłączać, mógł o tym nie myśleć, gdy skupiał się na innych rzeczach, jak podczas naprawy różdżki, gdy wyolbrzymił problem nieznacznego odgniecenia na drewnie do rangi nieużywalności tego wyjątkowego narzędzia.
Troskliwy, pełen wsparcia gest sprawił, że Morpheus się załamał. Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach. Wplótł palce w swoje własne włosy, zaczepiając się o skalp jak pazurami i niszcząc zawsze idealną fryzurę pociągniętą brylantyną. Nie odsunął się od ciepłej bliskości drugiej osoby, która wahała się na szali pomiędzy przyjacielską, a nieco bardziej... zagmatwaną.
— Derwin, on utożsamiał znaczenie swojego imienia. Ukochany. Zawsze był dobrym bratem, zawsze mnie chronił. Chronił wszystkich, pracował w grupie uderzeniowej i... zginął na służbie. A później widma z Kniei desakrowały jego ciało, jakby był tylko zwykłą padliną. Oczywiście, już go nie potrzebował, lepiej ciało niż ktoś żywy, ale nadal... — z rozpaczą, której nikomu nie pokazywał, spojrzał na Neila, w zaczerwienionych obwódkach oczu czaiły się krystaliczne łzy, które nie spłynęły, ale otarł je ręką. Mężczyźni nie płaczą. — Wszyscy piszą o kochankach jako o połowie duszy, ale to samo tyczy się rodzeństwa. Fragment jego był we mnie i mnie w nim. Część jego nadal we mnie żyje i część mnie razem z nim umarła.