Chciałby, aby nie widziała w nim zagrożenia, ale obawiał się, że to właśnie w niej wywołał, że to ujrzał w jasności jej twarzy. Swoimi słowami szarpnął nie takie uczucia, jakie zamierzał, jego melodia grała fałszywie, z tonami mollowymi, przynoszącymi smutek. Morpheus zwykle mówił w dość zagmatwany sposób i teraz kryształy sensu rozmyły się, niczym cukier w herbacie. Chciałby wiedzieć, jakie ma życzenia, ale i to mogłoby paść na nieodpowiednią glebę, nieodpowiedni czas, nie to rozgałęzienie przyszłości. Odpowiedział zgodnie ze swoją naturą, jak w całej swojej rozmowie, gasząc na chwilę pod powiekami czarność swojego spojrzenia.
— Nie, bo się nie spełni, Septimo — szepnął w pełni powagi, nawet jeśli ta tradycja była raczej dziecięcą zabawą, jak dmuchanie świeczek czy dmuchawców. Jako jednak Wieszcz bardzo dużo spędzał pośród znaków, symboli, które mogą decydować o świecie. W jego pokoju półki uginały się pod tomami słowników omenów i interpretacji codziennych zdarzeń. Nawet jeśli nie był biegły w numerologii czy astrologii, to konotacje tych wszystkich znajdowały się w jego świadomości i konsultował je ze sobą, zanim wykonał pełną interpretację niektórych wydarzeń. Nie każdy kruk oznaczał to samo, wszystko zależało od miejsca, w którym się przebywało i okoliczności. Spotkanie czapli z daleka od zbiorników wodnych sugerowało wiadomość od Guanyin lub Maat, spokój i harmonię.
Wszystko jest połączone, a sieć jest święta.
Zerwał kontakt fizyczny, prostując się. Wprowadził między nich więcej tlenu, który nie nosił zapachów ich osób w sobie ani perfumy, ani proszku do prania, tak intymnego zapachu bieliźniarki. Przestrzeń łaskotała go poczuciem emocjonalnego ekshibicjonizmu, nawet jeśli wydawało mu się, że nic nie okazał swoim zachowaniem. Przecież zdarzało mu się milczeń i udawać, że nie istnieje i wpatrywać się w Garrica lub Septimę, gdy dywagują nad szarlotką na temat, który rozumiał jedynie połowicznie. Co się zmieniło? On, on się zmienił.
Ścisnęło go w gardle, w żołądku, jak wtedy, gdy musiał stanąć na stromym urwisku. W ustach czuł widmowe żelazo. Krew. Dlaczego krwawił? Czy to ułuda, wizja? W jego ustach nie było posoki, ale smakował ją na języku, wraz z bolesnym ukuciem serca. Nierealnym. To się jeszcze nie zdarzyło. Wziął wdech, głęboki, naruszając stworzoną granicę, wdychając Septimę i warsztat.
— Mogę jej używać w takim stanie czy powinienem poczekać, aż ją zreperujesz? — zapytał, wracając do tematu różdżki. Cenił sobie ocenę panny Ollivander i jej dogłębną wiedzę na temat drewna, magii z nim związanej, konkretnych rdzeni i subtelnych różnic pomiędzy nimi. Jego różdżka była podatna na ciemność, stanowiła wyzwanie dla jego duszy i fizyczną demonstrację walki z mrokiem, który mógł płynąć w jego krwi.
Spłynęło na niego poczucie nadużywania jej gościnności. Coś go goniło. Tylko w jego głowie.