Słodkie pożądanie owiało jej umysł swym nęcący oddechem, skłaniając wargi do zatapiania ich głębiej, a paznokcie do wbijania silniej w skórę jego karku; i choć absurdalnie trudnym było oderwać się od niego, przerwać tę przeklętą nić pragnienia więcej, zawiesiła ręce na jego barkach i nie odsunęła się na dystans nader daleki. Wciąż mogła czuć miłe muskanie gorąca jego oddechu na swoim obliczu; wciąż mogła czuć jego zapach, który każdorazowo sprowadzał ją na manowce. Bo pragnęła go absurdalnie mocno i z równym natężeniem chciała go mieć na własność; sama myśl, jakoby miał posiadać kogoś innego, wzburzała igiełki złości pod miękką, mleczną skórą, a ta papierośnica przecież nieodwołalnie świadczyła o fakcie, iż nie jest niezastąpiona; iż kobiet jej pokroju w jego skąpanym szkarłatem życiu było wiele. Przełknęła ciężko ślinę, uświadamiając sobie nieodwołalność tego faktu, jednak spojrzenie umykające spod szkła zmrużonych ocząt było jednoznaczne i szeptało cicho dwojakie słowa – należysz do mnie. Może gdyby chyżej ją utwierdzał w jej niezwykłości i niebagatelnej roli w jego istnieniu, byłaby mniej przerażona wizją bycia okrutnie zsuniętą na drugi plan; jemu jednak chodziło, aby tę świadomość posiadała, czyż nie?
Jej wątpliwości były przecież zasadne, nieskąpane w rozległym morzu absurdu; z równą mocą, co chciała go mieć na własność, przerażała ją wizja rychłego mariażu, sakramentalnego „tak” i znaczenia palca pręgiem obrączki. Narzeczeństwo, które, jak myślała, potrwa rozciągłość miesięcy, może nawet spopielałych w bezkres lat, miało rychło zakończyć swoje bytowanie, a ona – niedojrzała do stanięcia w bieli na ślubnym kobiercu – rozciągała przed sobą akwen niepewności wydatnej w swym wyrazie. W gruncie rzeczy pozostawała tą trzpiotką, której niebagatelną złość ukochał sobie Borgin i w odmętach tej rzeczywistości – urokliwej i beztroskiej – przędła swój życiorys; sam mariaż napawał ją obawami, jednak większy, atawistyczny strach budziło samo wspomnienie o powiciu potomków.
Wiedziała, iż gdy on się dowie, zapewnie dostanie w twarz nie raz; wiedziała, że zrobi wszystko, aby na świat sprowadzić dziecko, nawet i bękarta. Ona jednak, napawana obawami na samo wspomnienie o dzieciach zasilających ogrody przy domu, zadrżała z głębokiego lęku moszczącego się w żyłach, aby wartko nimi popłynąć.
On przecież nie wiedział; on nie miał prawa wiedzieć.
– Dzieci – rzekła z ciężkimi obawami lokującym się na dnie głosu. – Tak, dzieci – powtórzyła. Bo on przecież myślał, że jej niechęć wobec pomnażania rodziny wynika z niedojrzałości; prawda była jednak zupełnie inna.
Nagle, choć rozpalona pożądaniem, zgasła w zupełności, żywiąc głęboką wdzięczność, iż muszą opuścić ustronne ogrody, wrócić do tej przeklętej uroczystości idącej w tango w przeklętymi polowaniami. Nie umiała jednak spojrzeć mu w oczy, uginając bezradnie brwi i umykające wzrokiem bok; nagle całokształt spędu zaczął dla niej stanowić swoiste wybawienie.
Skinęła więc tylko głową, uwieszając się na jego ramieniu i ruszyła z powrotem w kierunku rezydencji.