Avelina też nie spała dobrze, ale z każdym dniem łatwiej było jej budzić się z myślą o tym, że nie zobaczy Augustusa. Jakby go zobaczyła chyba by dostał czymś w twarz, bo to oznaczałoby, że nie ma szacunku do jej próśb, do jej woli, że ma gdzieś ją i jej zdanie. Nie zjawił się, nie mignął jej nawet na ulicy. Idealnie odciął się od jej życia i osoby. Tęskniła za nim, czuła jego brak. Brakowało jej jego głosu, oczu i tych drobnych docinek. Dzień w dzień myślała o tym, co mu powiedzieć, jak się z nim spotkać, co mu napisać, aby się z nim spotkać. Czy zrezygnować z tej znajomości, czy nie spotykać się z nim, czy może spróbować przyjaźń, a może się z nim przespać. Kilka razy miała z nim nieodpowiedni sen, kilka razy budziła się z płaczem, bo nie była to prawda. Była rozdrażniona i zła, że nie mogła go mieć tylko dla siebie, że jego nazwisko należało do innej, a jednak z każdym dniem było coraz łatwiej. Powoli wracała do formy, do normy jaką miała nim się pojawił w jej życiu, nim przypomniał jej o swoim istnieniu. Wiedziała, że musiała się z nim spotkać i zdecydować, co dalej, więc wybrała dzień dzisiejszy. Dzień przed świętem Litha, dzień, w którym będzie chciał szybko wrócić do swojego domu, do rodziny, bo pewnie jutro będzie zmierzał na sabat.
Nie zraziła się jego tonem, wiedziała, że on zapewne też czekał w bardzo paskudnym nastroju na to spotkanie, może nie powinna z nim wchodzić w te relacje? Wierzyła jednak, że uda im się zachować profesjonalizm, że uda im się utrzymać przyjaźń bez ciągoty do siebie nawzajem.
– Rozluźnij się, Rookwood – odparła cicho i ruszyła pionkiem na E4. – To mugolskie szachy jak coś, musisz sam przesuwać bierki – wyjaśniła przyglądając mu się uważnie. Miała zamiar dzisiaj go pokonać, rozgromić, zagrać agresywnie, pokazać mu, że w środku jest na niego wściekła, że tak się zachowywał. – Co u ciebie słychać?