22.01.2024, 23:23 ✶
Nieświadomie oboje byliśmy na tym samym etapie. Tak panicznie baliśmy się stracić tą drugą połówkę, zrazić do siebie, być niewystarczającym, niedostatecznie dobrym, zbyt ograniczonym, za bardzo prostym. Każde spotkanie, każdy moment wspólnie spędzanego czasu był grą o wysoką stawkę, gdzie na szali znajdował się nasz związek, nasze małe szczęście, tak ulotne, że wciąż baliśmy się je utracić, a przecież nic się nie działo. Nic się nie działo, prawda? Pragnąłem tego całym sobą by wszystko było jednak w najlepszym porządku... Tylko że nie było. Znaczy niby było, ale jednak nie - to nie brzmiało dobrze.
Jednakże ta bliskość, przyleganie Flynna do mnie raczej dawało dobre rokowania, więc... Gdzie był problem pochowany? Naprawdę w tym, że nigdy nigdzie razem nie wychodziliśmy...?
Objąłem go w pasie, zastanawiając się, co za miejsca chciał mi pokazać. Może to wcale nie byłby zły pomysł, żeby gdzieś pójść razem indziej niż cyrk, bo w cyrku to właściwie ja byłem zawsze, od zawsze, więc nie musiałem na zawsze, ale jednak... czemu mi to brzmiało niczym pułapka? Może to był jednak ten strój Flynna, bo proponował mi to dopiero, kiedy wrzucił na siebie spódniczkę. Wcześniej nic o tym nie wspominał, że chciałby mnie gdziekolwiek zabierać. Albo być przeze mnie zabieranym...?
- Nigdy nigdzie razem nie wychodziliśmy, bo nie wiedziałem, że chciałbyś... Ja non stop siedzę w cyrku, rzadko się stąd ruszam - przyznałem zakłopotany nieco, ale raczej na taki słodki sposób, a nie zapalający lampki awaryjne. Było mi głupio, bo nawet nie pomyślałem o tak prozaicznej rzeczy jak randka. To mnie Flynn zaskoczył! Musiałem dostać niemałych rumieńców.
Wpatrywałem się w niego i myślałem sobie o tym pomyśle w następujących kategoriach, że wcale nie musiało to wyglądać na ten krytycznie-dramatyczny sposób, w jaki to sobie wyobrażałem. Może to jednak nie pułapka, a jeśli nawet, to było już późno, więc gdybyśmy nawet wyszli teraz, tak, jak tu staliśmy, to raczej nie poczynilibyśmy niewyobrażalnej szkodliwości społecznej. Świat zarówno mugoli, jak i czarodziejów był bardzo ograniczony, więc... gotów byłem się zbuntować czy po prostu w razie czego mieć oczy dookoła głowy?
Poza tym to był Flynn. Pragnął czegoś, co faktycznie mogłem mu dać od siebie - moje towarzystwo. Jak mógłbym mu odmówić, skoro wspominał o naszym byciu parą? Tak na poważnie, oficjalnie, razem...? Aż poczułem takie niespodziewane motyle w brzuchu. Pary zabierały się na randki, no tak. Miał rację, że powinniśmy chodzić na randki.
- A gdzie chciałbyś mnie zabrać...? Co to za miejsce? Przyznam się bez bicia, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie mógłbym iść z tobą potańczyć - odparłem zażenowany, bo właśnie zostawałem największą porażką towarzyską roku. Facet domagał się randki, a ja nawet nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym z nim iść na tę randkę. Jedyne miejsca, które znałem w Londynie, to Ministerstwo Magii, ten paskudny punkt z loteriami, kawiarnia Nory i apteka z eliksirami. Dobrze, że chociaż on jakoś znał stolicę, jakoś lepiej, że miał w głowie jakieś miejsca.
Jednakże ta bliskość, przyleganie Flynna do mnie raczej dawało dobre rokowania, więc... Gdzie był problem pochowany? Naprawdę w tym, że nigdy nigdzie razem nie wychodziliśmy...?
Objąłem go w pasie, zastanawiając się, co za miejsca chciał mi pokazać. Może to wcale nie byłby zły pomysł, żeby gdzieś pójść razem indziej niż cyrk, bo w cyrku to właściwie ja byłem zawsze, od zawsze, więc nie musiałem na zawsze, ale jednak... czemu mi to brzmiało niczym pułapka? Może to był jednak ten strój Flynna, bo proponował mi to dopiero, kiedy wrzucił na siebie spódniczkę. Wcześniej nic o tym nie wspominał, że chciałby mnie gdziekolwiek zabierać. Albo być przeze mnie zabieranym...?
- Nigdy nigdzie razem nie wychodziliśmy, bo nie wiedziałem, że chciałbyś... Ja non stop siedzę w cyrku, rzadko się stąd ruszam - przyznałem zakłopotany nieco, ale raczej na taki słodki sposób, a nie zapalający lampki awaryjne. Było mi głupio, bo nawet nie pomyślałem o tak prozaicznej rzeczy jak randka. To mnie Flynn zaskoczył! Musiałem dostać niemałych rumieńców.
Wpatrywałem się w niego i myślałem sobie o tym pomyśle w następujących kategoriach, że wcale nie musiało to wyglądać na ten krytycznie-dramatyczny sposób, w jaki to sobie wyobrażałem. Może to jednak nie pułapka, a jeśli nawet, to było już późno, więc gdybyśmy nawet wyszli teraz, tak, jak tu staliśmy, to raczej nie poczynilibyśmy niewyobrażalnej szkodliwości społecznej. Świat zarówno mugoli, jak i czarodziejów był bardzo ograniczony, więc... gotów byłem się zbuntować czy po prostu w razie czego mieć oczy dookoła głowy?
Poza tym to był Flynn. Pragnął czegoś, co faktycznie mogłem mu dać od siebie - moje towarzystwo. Jak mógłbym mu odmówić, skoro wspominał o naszym byciu parą? Tak na poważnie, oficjalnie, razem...? Aż poczułem takie niespodziewane motyle w brzuchu. Pary zabierały się na randki, no tak. Miał rację, że powinniśmy chodzić na randki.
- A gdzie chciałbyś mnie zabrać...? Co to za miejsce? Przyznam się bez bicia, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie mógłbym iść z tobą potańczyć - odparłem zażenowany, bo właśnie zostawałem największą porażką towarzyską roku. Facet domagał się randki, a ja nawet nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym z nim iść na tę randkę. Jedyne miejsca, które znałem w Londynie, to Ministerstwo Magii, ten paskudny punkt z loteriami, kawiarnia Nory i apteka z eliksirami. Dobrze, że chociaż on jakoś znał stolicę, jakoś lepiej, że miał w głowie jakieś miejsca.