23.01.2024, 02:05 ✶
Uśmiechnęła się do niego słodko, jakby przyłapał ją na czymś, na czym nie powinien. Oczywiście, że chciałaby wiedzieć. Gdyby mogła, to wiedziałaby wszystko, ale niestety, w chwili narodzin stała w kolejce nie po dar jasnowidzenia, który mogła dać jej mama, a po chroniczną depresję, która wisiała nad nią jak zły omen.
— Apollo — powiedziała z pewną obcością, po czym wychyliła niemal całą zawartość swojego kieliszka. — Nie wiem czemu, ale idea że to solarne bóstwo patronuje profetycznym wizjom jakoś nigdy mnie nie przekonywała — rzuciła z przekąsem, spoglądając na Morpheusa spod rzęs. — Słońce jest zbyt jasne. Często oślepia i parzy, kiedy pozwolić sobie na zbyt długie pławienie się w jego promieniach. Nawet bym się specjalnie nie zdziwiła, jeśli znajdowałabym się na twoim miejscu.
Miał dłonie pianisty, jak to przyszło jej do głowy, kiedy tak obserwowała jak bawi się kroplą wina, plamiąc jej dywan. Długie i szczupłe palce idealnie nadawały się do obejmowania klawiatury i nawet jeśli sama nie grała na żadnym instrumencie, udało jej się napatrzyć na to, jak gra Lorraine. Były to sporadyczne okazje, ale mimo tego lubiła wtedy patrzeć właśnie na to, jak przemyka po białych i czarnych klawiszach, chwytając za kolejne akordy.
Były też niewątpliwie dobre do tasowania kart. Nie miała problemu z tym, by szybko przyswoić fakt, że prawdopodobnie robił to o wiele finezyjniej niż ona ze swoimi drobnymi dłońmi, które niektóre talie obejmowały we wręcz karykaturalny sposób. Co jednak zawsze leżało w jej palcach tak samo wygodnie to na przykład, butelka alkoholu. Przyłożyła do ust ponownie kieliszek, dopijając resztę tego co się w nim znajdowało i złapała za wino.
— Ja nigdy nie będę prorokiem — zaczeła, kiedy alkohol zachlupotał wesoło w jej szklance, a ona podniosła na moment spojrzenie na twarz Morpheusa, uśmiechając się do niego łagodnie. — Ale zawsze trochę zazdrościłam tym, którzy byli w stanie widzieć przyszłość. Nie to, co znajduje się na samym końcu, za linią mety, ale tym co widzą to co dzieje się w drodze do niej — przyznała, podchodząc do niego i bez słowa uzupełniając wszystko to, co do tej pory wypił. Zamiast jednak wrócić na swoje miejsce, odstawiła butelkę na stolik i kucnęła przy jego fotelu, opierając jedną dłoń o podłokietnik i zaglądając mu w oczy. — Może to wiesz, ale to przecież nie twoja wina. Nie możecie wybrać tego, co widzicie i kiedy. Nie kiedy chodzi o rzeczy naprawdę dla was ważne, prawda? A śmierć Derwina... to było coś ważnego. Coś dużego, czego nikt nie mógł się spodziewać — powiedziała cicho, przesuwając dłoń, by uścisnąć jego przedramię w pokrzepiającym geście. Odczytywanie intencji innych na parę godzin w przód to było jedno, ale doświadczenie przełomowych dla życia innych wizji? To już była zupełnie inna bajka.
— Wiesz, sama miałam kiedyś jechać do Grecji. — spróbowała zacząć, wrócić do tematu jego podróży, jakby miało to w czymkolwiek pomóc, a może chociaż odrobinę odwrócić jego uwagę od ponurych myśli. — Miałam pomagać badać przepowiednie i udawać, że imponuje jak ktoś recytuje z pamięci hymny ku czci Apolla — rzuciła nieco uszczypliwie, mrużąc jednak przy tym oczy z rozbawieniem. — Tak naprawdę marzyłam o tym, że oprócz badań oczywiście, będę mogła patrzeć na morze, zbierać nam każdego poranka dojrzałe pomarańcze i że ktoś nauczy mnie tańczyć zorbę — zaśmiała się nawet, ale spojrzenie na moment odbiegło w bok, w kąt pokoju, kiedy jej własne myśli zganiły ją w jej głowie. Bo nawet gdyby wtedy pojechali, to byłoby miejsce na jakiekolwiek nam? — Ostatecznie nic z tego nie wyszło i teraz jesteś jedyną osobą, która może mi chociaż odrobinę przybliżyć jak wspaniale można tam się bawić. O badaniach już nie będę wspominać, bo modlitwę do Apolla mam już w małym palcu.
Teoretycznie, mogła przecież zapytać Alexandra. Pojechał wreszcie do tej Grecji, z półrocznym opóźnieniem, nie oglądając się na nią, ale prawda była taka że żadne z nich nie było w stanie przytoczyć tego tematu w sposób inny niż podczas kłótni. Minęło już siedem lat, a ta rana wciąż zdawała się nieznośnie jątrzyć, jakby nie ważne co wydarzyło się w ich życiu, miała pozostać z nimi na zawsze. Ponure przypomnienie tego, co właściwie stracili i co mogłoby być. Wydawało jej się to momentami niezwykle dziecinne, ale czasem marzyła wręcz o tym, by cofnąć się w czasie i jednak przełamać. By móc obierać mu te pomarańcze każdego ranka i dzielić się nimi z nim.
— Apollo — powiedziała z pewną obcością, po czym wychyliła niemal całą zawartość swojego kieliszka. — Nie wiem czemu, ale idea że to solarne bóstwo patronuje profetycznym wizjom jakoś nigdy mnie nie przekonywała — rzuciła z przekąsem, spoglądając na Morpheusa spod rzęs. — Słońce jest zbyt jasne. Często oślepia i parzy, kiedy pozwolić sobie na zbyt długie pławienie się w jego promieniach. Nawet bym się specjalnie nie zdziwiła, jeśli znajdowałabym się na twoim miejscu.
Miał dłonie pianisty, jak to przyszło jej do głowy, kiedy tak obserwowała jak bawi się kroplą wina, plamiąc jej dywan. Długie i szczupłe palce idealnie nadawały się do obejmowania klawiatury i nawet jeśli sama nie grała na żadnym instrumencie, udało jej się napatrzyć na to, jak gra Lorraine. Były to sporadyczne okazje, ale mimo tego lubiła wtedy patrzeć właśnie na to, jak przemyka po białych i czarnych klawiszach, chwytając za kolejne akordy.
Były też niewątpliwie dobre do tasowania kart. Nie miała problemu z tym, by szybko przyswoić fakt, że prawdopodobnie robił to o wiele finezyjniej niż ona ze swoimi drobnymi dłońmi, które niektóre talie obejmowały we wręcz karykaturalny sposób. Co jednak zawsze leżało w jej palcach tak samo wygodnie to na przykład, butelka alkoholu. Przyłożyła do ust ponownie kieliszek, dopijając resztę tego co się w nim znajdowało i złapała za wino.
— Ja nigdy nie będę prorokiem — zaczeła, kiedy alkohol zachlupotał wesoło w jej szklance, a ona podniosła na moment spojrzenie na twarz Morpheusa, uśmiechając się do niego łagodnie. — Ale zawsze trochę zazdrościłam tym, którzy byli w stanie widzieć przyszłość. Nie to, co znajduje się na samym końcu, za linią mety, ale tym co widzą to co dzieje się w drodze do niej — przyznała, podchodząc do niego i bez słowa uzupełniając wszystko to, co do tej pory wypił. Zamiast jednak wrócić na swoje miejsce, odstawiła butelkę na stolik i kucnęła przy jego fotelu, opierając jedną dłoń o podłokietnik i zaglądając mu w oczy. — Może to wiesz, ale to przecież nie twoja wina. Nie możecie wybrać tego, co widzicie i kiedy. Nie kiedy chodzi o rzeczy naprawdę dla was ważne, prawda? A śmierć Derwina... to było coś ważnego. Coś dużego, czego nikt nie mógł się spodziewać — powiedziała cicho, przesuwając dłoń, by uścisnąć jego przedramię w pokrzepiającym geście. Odczytywanie intencji innych na parę godzin w przód to było jedno, ale doświadczenie przełomowych dla życia innych wizji? To już była zupełnie inna bajka.
— Wiesz, sama miałam kiedyś jechać do Grecji. — spróbowała zacząć, wrócić do tematu jego podróży, jakby miało to w czymkolwiek pomóc, a może chociaż odrobinę odwrócić jego uwagę od ponurych myśli. — Miałam pomagać badać przepowiednie i udawać, że imponuje jak ktoś recytuje z pamięci hymny ku czci Apolla — rzuciła nieco uszczypliwie, mrużąc jednak przy tym oczy z rozbawieniem. — Tak naprawdę marzyłam o tym, że oprócz badań oczywiście, będę mogła patrzeć na morze, zbierać nam każdego poranka dojrzałe pomarańcze i że ktoś nauczy mnie tańczyć zorbę — zaśmiała się nawet, ale spojrzenie na moment odbiegło w bok, w kąt pokoju, kiedy jej własne myśli zganiły ją w jej głowie. Bo nawet gdyby wtedy pojechali, to byłoby miejsce na jakiekolwiek nam? — Ostatecznie nic z tego nie wyszło i teraz jesteś jedyną osobą, która może mi chociaż odrobinę przybliżyć jak wspaniale można tam się bawić. O badaniach już nie będę wspominać, bo modlitwę do Apolla mam już w małym palcu.
Teoretycznie, mogła przecież zapytać Alexandra. Pojechał wreszcie do tej Grecji, z półrocznym opóźnieniem, nie oglądając się na nią, ale prawda była taka że żadne z nich nie było w stanie przytoczyć tego tematu w sposób inny niż podczas kłótni. Minęło już siedem lat, a ta rana wciąż zdawała się nieznośnie jątrzyć, jakby nie ważne co wydarzyło się w ich życiu, miała pozostać z nimi na zawsze. Ponure przypomnienie tego, co właściwie stracili i co mogłoby być. Wydawało jej się to momentami niezwykle dziecinne, ale czasem marzyła wręcz o tym, by cofnąć się w czasie i jednak przełamać. By móc obierać mu te pomarańcze każdego ranka i dzielić się nimi z nim.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror