Podskoczył w miejscu i zaczął się kiwać to do przodu, to do tyłu, gdy Heather wciąż walcząca z tą przerośniętą kurą zaczęła mu grozić pozbawieniem życia. Nawet nie mógłby tego nigdzie zgłosić jako groźby karalnej, bo gdyby wezwał najbliższy patrol Brygadzistów, to na pewno nie przyjęliby jego wersji zdarzeń jako prawdziwej, gdy miał przeciw swojemu słowu słowo gwiazdy tamtejszego departamentu.
— N-n-nie bądź t-taki k-k-kurwa s-s-sprytny! — fuknął na dźwięk wymówki Charliego.
Słowa przyjaciela dalej go bolały, ale nie było go stać na lepszą ripostę. Po prostu nie był w stanie jej wyprodukować. Mózg, którego na co dzień potrzebował w pracy, akurat teraz niezbyt chętnie współpracował i systematycznie odmawiał przyjęcia do wiadomości co bardziej skomplikowanych koncepcji. W sumie nic dziwnego był tej nocy nafaszerowany tyloma specyfikami, że aż dziwne, że nadal miał głowę na hehe karku.
Potem sprawy potoczyły się wyjątkowo szybko. Ruda zaczęła robić za hydrant uliczny, najwyraźniej osiągając tym najwyższy poziom oświecenia, a ten z kolei udzielił się Rookwoodowi, który w końcu zorientował się, gdzie konkretnie byli i mu się to niezbyt spodobało. Cameron do końca nie rozumiał dlaczego. Gdzieś tam w oddali, między drzewami majaczyła mu jakaś chatka, ale co ona im mogła zrobić? Przecież nie wyhoduje sobie nóg i do nich nie przybiegnie, żeby ich połknąć. Prawda?
Cóż, nawet gdyby tak było, to Buckingham Palace nie dostało na to szansy, gdyż cała trójka wraz z kaczko-gęsią uczepioną spodni Charlessa, teleportowała się, opuszczając park z cichym pyknięciem. Zupełnie, jakby nigdy ich tutaj nie było. Teraz wszystko powinno się już naprostować, czyż nie? Bądź co bądź, mieli wylądować na chacie u Heather i spędzić resztę nocy w wielkim, wygodnym łóżku, które zdecydowanie było w stanie pomieścić ich trójkę.
Cameron nie wylądował w łóżku.
Nie wylądował nawet na podłodze.
Wylądował na cholernym przejściu dla pieszych na samym środku cholernego Piccadilly Circus. Chłopak potoczył się po jezdni, wpadając pod nogi jakimś obcym ludziom. Od razu uderzyły go po oczach światła mugolskich aut i palących się latarni. I ten nocny gwar tych pojebanych ludzi, którzy zamiast siedzieć na dupie w domu, wylegli do miejskiej dżungli.
— Ja pierdole — wyjąkał, magicznie odzyskując na moment umiejętność normalnej mowy. To chyba z tego szoku. Podniósł się na kolana, rozglądając się z przymrużonymi oczami dookoła. Nikt nie zwracał na niego w ogóle uwagi, jakby był jakimś menelem.
Jebana znieczulica społeczna, pomyślał w nagłym olśnieniu, próbując podnieść się na równe nogi. Chwilę mu to zajęło i parę razy się zachwiał, ale udało mu się odzyskać równowagę. Chyba nawet się nie rozszczepił. Przynajmniej nie czuł się rozszczepiony.
Spojrzał w prawo, potem w lewo, a potem znowu w prawo i kolejny raz w lewo i dopiero wtedy dostrzegł po swojej lewej stronie, że tuż obok wylądowała reszta genialnego trio. Podszedł do nich powoli, ignorując klaksony samochodów.
— O! Tu jesteście! — zauważył, gdy pokonał te pięć osiem kroków, które go od niego dzieliło. — To... To chyba nie tu mieliśmy t-t-trafić, c-co? Ż-ż-żyjecie? G-g-gdzie t-t-en g-g-gołąb?