24.01.2024, 00:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2024, 22:56 przez Maeve Chang.)
Oczywiście.
Jedno słowo, docelowo wcale nie nacechowane pejoratywnie, a jednak przebiegło po kręgosłupie Maeve w ten sam uciskający na sumienie sposób, co matczyne rób, co chcesz. Obydwie frazy brzmiały jak niewinne zezwolenie na postępowanie podług własnych pragnień, ale sposób, w jaki zostały wypowiedziane, w płaskim, beznamiętnym tonie, w towarzystwie pustego spojrzenia niewykazującego połączenia z duszą... Działały lepiej niż drakoński zakaz. Nawet nie dlatego, że zasady przyjemniej się łamało, niż przestrzegało. Po prostu cichy gniew odbierał apetyt buntu.
Nie wiedziała, skąd w niej ta nowo narodzona pokora; przecież i tak nie planowała odwiedzać tej kurwy z Horyzontalnej, na której cześć chyba nazwano tę ulicę, głównie z powodu pozycji, jaką przyjmowały jej nogi każdego wieczoru. Powiedziała to tylko dlatego, żeby wbić szpilę Lorraine, bo ta irytowała się w tak przyjemny sposób. Nie czuła się jednak zadowolona, mimo iż w zasadzie osiągnęła swój cel, doprowadziła Malfoy do tego dziwnego stanu, kiedy za wszelką cenę próbowała nie wyjść na obrażoną. Tym razem jednak był w tym jakiś inny podtekst. Szczery dyskomfort.
- Coś się stało? - Zapytała, choć podskórnie czuła, że znała odpowiedź. Lecz ten, kto pyta, nie błądzi, nie gubi się w meandrach gier retorycznych Lorraine, która mogła nie mieć nastroju z zupełnie innego powodu. Mógł nim być ktoś inny, ktoś bardziej znaczący. W końcu lew nie przejmował się opinią owcy, więc czemu królowa miałaby przejmować się swoim pionkiem. Maeve cały czas odnosiła wrażenie, że dla kogoś z tak zajętym knowaniami terminarzem jak Malfoyówna, ktoś taki jak ona nie często zaprzątał jej głowę.
A jednak, nawet mimo tej pozornie jednostronnej wierności, nadal orbitowała wokół złotowłosej i chyba nawet nie chciała się skarżyć. Mewa zgadzała się z tezą, że to, co łatwo przychodzi, równie łatwo odchodzi, a Lorraine była przecież przeciwieństwem. Może dla niektórych była pod pewnymi względami łatwa, ale Chang widziała w tym wszystkim coś więcej niż tylko aspekt cielesny. Od strony psychologicznej była nieprawdopodobnie trudna. Była skomplikowanym szyfrem złożonym z wielu alfabetów i konfiguracji, a Maeve czuła się, jakby ledwo nauczyła się czytać.
Było ciężko, ale czuła w trzewiach, że była warta tego trudu. Skoro przychodzi im to z ciężkością, to idąc za logiką, musi też zostać na dłużej.
Po tej fali nieproszonych przemyśleń chciała złapać ją za rękę, przyciągnąć do siebie, służalczo wręcz zapewnić, że jedynie sobie miarkowała, że nigdy nie raczyłaby urazić jej wilego majestatu pochwycając w ramiona inną kobietę. Lorraine jednak była szybsza, złapała ją pierwsza, ale Maeve wcale to nie zdziwiło. Ona zawsze była o krok przed wszystkimi. Nawet chyba przed samą sobą.
Ciemność fotobudki i bliskość ciała blondynki obudziły w niej szczeniackie myśli. Uśmiechnęła się szelmowsko pod nosem, ciesząc się też, że Lorri tego nie widzi, bo pewnie musiałaby się spowiadać z nieczystych idei. Tym razem jednak znowu ją wyprzedziła, nawet w grzeszeniu nie tylko myślą, ale i uczynkiem. Meave serce podskoczyło tak wysoko, że gdyby ten pocałunek potrwał choćby chwilę dłużej, Malfoy niechybnie by je zjadła.
- Groził ci? - Entuzjazm ostygł momentalnie, gdy z tych wszystkich rzeczy wyłapała tę karygodną i uwiesiła się na niej jak tonący na brzytwie. Gdyby nie nabyta, bo na pewno nie wrodzona, grzeczność i związana z nią chęć wysłuchania dziewczyny do końca, już byłaby w połowie drogi do mieszkania Rookwooda zrobić mu przemeblowanie. I bynajmniej nie mebli.
Miała jednak rację, wszystkie łajzy, które zalęgły się na ulicach Nokturnu, bały się Sauriela. Wiedziała o tym, bo słyszała, że jego miano wypowiadano z mniej więcej takim samym wydźwiękiem jak nazwisko Chang - przez zaciśnięte zęby, nieco ciszej, gwoli upewnienia się, że nie usłyszy ich licho, które nigdy nie śpi. Maeve nie podzielała ich lęku, znała o wiele bardziej przerażające osoby, jedną nawet od strony łona. Jednocześnie jednak wiedziała, że to co widzi w ich głowach Lorraine, to nie fatamorgana. To nienamacalna broń.
- Jest taki, jak i my - podsumowała go, wzruszając nieco ramionami. - Po prostu dobra miejska legenda jest trudna do zabicia. -
Przyciągnęła ją do siebie. Złapała w pasie i usadziła na swoich kolanach jak lalkę. Oparła policzek o jej ramię, milcząc dłuższą chwilę; zbierała myśli, słowa, ale też chłonęła jej ciepło. Czasem miło jest połączyć przyjemne z pożytecznym.
- Jeśli czegoś nie dostrzeżesz, zawsze będę służyć ci moimi oczami - oświadczyła w końcu ze spokojem w głosie, obejmując ją nieco ciaśniej. Skoro Lorraine obawiała się, że zgubi się w gąszczu własnych knowań, że wpadnie w dołek, który pod kimś wykopie, nie było lepszej osoby niż Maeve, by ją z tego wyciągnąć. Chang nie analizowała wszystkiego ponad potrzebę, nie kierowała się w życiu ambicją. Widziała i brała wszystko takie, jakie było w rzeczywistości.
- A jeśli się czegoś boisz, to nie możesz być głupia. Tylko głupie osoby nie boją się niczego - powiedziała pół żartem, pół serio. Maeve też się pewnych rzeczy bała, po prostu nie dawała po sobie poznać. Zresztą, większość jej lęków pozostawała w ścianach rodzinnego domu i nie wychodziła na ulice.
Wstała, podnosząc ze sobą Lorraine. Postawiła ją na równe nogi, obróciła przodem do siebie, a następnie, czule unosząc palcami jej brodę w górę, pocałowała ją w czoło. Blask flesza na krótki moment oświetlił szeroki uśmiech zmiennokształtnej, na której twarzy nie było ani cienia zmartwienia.
- Nie mogę ci obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo ani nie żyjemy w bajce, ani nie mam trzeciego oka. Mogę jednak cię zapewnić, że ten, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, a obydwie dobrze wiemy, jak bardzo lubisz pić szampana - zaśmiała się krótko. - Nie pozwolę cię skrzywdzić. Nikomu i niczemu, nigdy i nigdzie. Nie zapominaj o tym. - Choć wypowiedziała to wszystko prawie że jednym ciągiem, jak zwykle nonszalancko, towarzyszył temu spokój. Święte przekonanie, że tak będzie, bo tak być musi, że pójdzie za nią do piekła i z powrotem, nawet jeśli bardzo by chciała, żeby po prostu przestała już urządzać takie wycieczki.
Znowu czuła się jak pies obronny, ale może taką miała rolę na tym świecie. Nawet jeśli nie otrzymałaby tej samej dozy wierności od Lorraine, spało jej się spokojnie wiedząc, że póki jest jej aniołem - diabłem? - stróżem, nikt inny nie położy na niej swoich brudnych łap.
- Wskakujesz na barana, czy mam cię nieść jak księżniczkę? - zapytała całkiem poważnie, wychodząc z budki i rozkładając ramiona. Nie odebrała tego jako żart; cokolwiek sobie zażyczyła, była gotowa to spełnić.
Jedno słowo, docelowo wcale nie nacechowane pejoratywnie, a jednak przebiegło po kręgosłupie Maeve w ten sam uciskający na sumienie sposób, co matczyne rób, co chcesz. Obydwie frazy brzmiały jak niewinne zezwolenie na postępowanie podług własnych pragnień, ale sposób, w jaki zostały wypowiedziane, w płaskim, beznamiętnym tonie, w towarzystwie pustego spojrzenia niewykazującego połączenia z duszą... Działały lepiej niż drakoński zakaz. Nawet nie dlatego, że zasady przyjemniej się łamało, niż przestrzegało. Po prostu cichy gniew odbierał apetyt buntu.
Nie wiedziała, skąd w niej ta nowo narodzona pokora; przecież i tak nie planowała odwiedzać tej kurwy z Horyzontalnej, na której cześć chyba nazwano tę ulicę, głównie z powodu pozycji, jaką przyjmowały jej nogi każdego wieczoru. Powiedziała to tylko dlatego, żeby wbić szpilę Lorraine, bo ta irytowała się w tak przyjemny sposób. Nie czuła się jednak zadowolona, mimo iż w zasadzie osiągnęła swój cel, doprowadziła Malfoy do tego dziwnego stanu, kiedy za wszelką cenę próbowała nie wyjść na obrażoną. Tym razem jednak był w tym jakiś inny podtekst. Szczery dyskomfort.
- Coś się stało? - Zapytała, choć podskórnie czuła, że znała odpowiedź. Lecz ten, kto pyta, nie błądzi, nie gubi się w meandrach gier retorycznych Lorraine, która mogła nie mieć nastroju z zupełnie innego powodu. Mógł nim być ktoś inny, ktoś bardziej znaczący. W końcu lew nie przejmował się opinią owcy, więc czemu królowa miałaby przejmować się swoim pionkiem. Maeve cały czas odnosiła wrażenie, że dla kogoś z tak zajętym knowaniami terminarzem jak Malfoyówna, ktoś taki jak ona nie często zaprzątał jej głowę.
A jednak, nawet mimo tej pozornie jednostronnej wierności, nadal orbitowała wokół złotowłosej i chyba nawet nie chciała się skarżyć. Mewa zgadzała się z tezą, że to, co łatwo przychodzi, równie łatwo odchodzi, a Lorraine była przecież przeciwieństwem. Może dla niektórych była pod pewnymi względami łatwa, ale Chang widziała w tym wszystkim coś więcej niż tylko aspekt cielesny. Od strony psychologicznej była nieprawdopodobnie trudna. Była skomplikowanym szyfrem złożonym z wielu alfabetów i konfiguracji, a Maeve czuła się, jakby ledwo nauczyła się czytać.
Było ciężko, ale czuła w trzewiach, że była warta tego trudu. Skoro przychodzi im to z ciężkością, to idąc za logiką, musi też zostać na dłużej.
Po tej fali nieproszonych przemyśleń chciała złapać ją za rękę, przyciągnąć do siebie, służalczo wręcz zapewnić, że jedynie sobie miarkowała, że nigdy nie raczyłaby urazić jej wilego majestatu pochwycając w ramiona inną kobietę. Lorraine jednak była szybsza, złapała ją pierwsza, ale Maeve wcale to nie zdziwiło. Ona zawsze była o krok przed wszystkimi. Nawet chyba przed samą sobą.
Ciemność fotobudki i bliskość ciała blondynki obudziły w niej szczeniackie myśli. Uśmiechnęła się szelmowsko pod nosem, ciesząc się też, że Lorri tego nie widzi, bo pewnie musiałaby się spowiadać z nieczystych idei. Tym razem jednak znowu ją wyprzedziła, nawet w grzeszeniu nie tylko myślą, ale i uczynkiem. Meave serce podskoczyło tak wysoko, że gdyby ten pocałunek potrwał choćby chwilę dłużej, Malfoy niechybnie by je zjadła.
- Groził ci? - Entuzjazm ostygł momentalnie, gdy z tych wszystkich rzeczy wyłapała tę karygodną i uwiesiła się na niej jak tonący na brzytwie. Gdyby nie nabyta, bo na pewno nie wrodzona, grzeczność i związana z nią chęć wysłuchania dziewczyny do końca, już byłaby w połowie drogi do mieszkania Rookwooda zrobić mu przemeblowanie. I bynajmniej nie mebli.
Miała jednak rację, wszystkie łajzy, które zalęgły się na ulicach Nokturnu, bały się Sauriela. Wiedziała o tym, bo słyszała, że jego miano wypowiadano z mniej więcej takim samym wydźwiękiem jak nazwisko Chang - przez zaciśnięte zęby, nieco ciszej, gwoli upewnienia się, że nie usłyszy ich licho, które nigdy nie śpi. Maeve nie podzielała ich lęku, znała o wiele bardziej przerażające osoby, jedną nawet od strony łona. Jednocześnie jednak wiedziała, że to co widzi w ich głowach Lorraine, to nie fatamorgana. To nienamacalna broń.
- Jest taki, jak i my - podsumowała go, wzruszając nieco ramionami. - Po prostu dobra miejska legenda jest trudna do zabicia. -
Przyciągnęła ją do siebie. Złapała w pasie i usadziła na swoich kolanach jak lalkę. Oparła policzek o jej ramię, milcząc dłuższą chwilę; zbierała myśli, słowa, ale też chłonęła jej ciepło. Czasem miło jest połączyć przyjemne z pożytecznym.
- Jeśli czegoś nie dostrzeżesz, zawsze będę służyć ci moimi oczami - oświadczyła w końcu ze spokojem w głosie, obejmując ją nieco ciaśniej. Skoro Lorraine obawiała się, że zgubi się w gąszczu własnych knowań, że wpadnie w dołek, który pod kimś wykopie, nie było lepszej osoby niż Maeve, by ją z tego wyciągnąć. Chang nie analizowała wszystkiego ponad potrzebę, nie kierowała się w życiu ambicją. Widziała i brała wszystko takie, jakie było w rzeczywistości.
- A jeśli się czegoś boisz, to nie możesz być głupia. Tylko głupie osoby nie boją się niczego - powiedziała pół żartem, pół serio. Maeve też się pewnych rzeczy bała, po prostu nie dawała po sobie poznać. Zresztą, większość jej lęków pozostawała w ścianach rodzinnego domu i nie wychodziła na ulice.
Wstała, podnosząc ze sobą Lorraine. Postawiła ją na równe nogi, obróciła przodem do siebie, a następnie, czule unosząc palcami jej brodę w górę, pocałowała ją w czoło. Blask flesza na krótki moment oświetlił szeroki uśmiech zmiennokształtnej, na której twarzy nie było ani cienia zmartwienia.
- Nie mogę ci obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo ani nie żyjemy w bajce, ani nie mam trzeciego oka. Mogę jednak cię zapewnić, że ten, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, a obydwie dobrze wiemy, jak bardzo lubisz pić szampana - zaśmiała się krótko. - Nie pozwolę cię skrzywdzić. Nikomu i niczemu, nigdy i nigdzie. Nie zapominaj o tym. - Choć wypowiedziała to wszystko prawie że jednym ciągiem, jak zwykle nonszalancko, towarzyszył temu spokój. Święte przekonanie, że tak będzie, bo tak być musi, że pójdzie za nią do piekła i z powrotem, nawet jeśli bardzo by chciała, żeby po prostu przestała już urządzać takie wycieczki.
Znowu czuła się jak pies obronny, ale może taką miała rolę na tym świecie. Nawet jeśli nie otrzymałaby tej samej dozy wierności od Lorraine, spało jej się spokojnie wiedząc, że póki jest jej aniołem - diabłem? - stróżem, nikt inny nie położy na niej swoich brudnych łap.
- Wskakujesz na barana, czy mam cię nieść jak księżniczkę? - zapytała całkiem poważnie, wychodząc z budki i rozkładając ramiona. Nie odebrała tego jako żart; cokolwiek sobie zażyczyła, była gotowa to spełnić.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —