24.01.2024, 12:32 ✶
- Sądzę, że Blackwoodowi zależało, aby jego wspomnienia przetrwały. Dobrze je zabezpieczył - powiedział Cathal z pewnym zamyśleniem. - Może nie wiemy o nim wiele, ale wydaje mi się człowiekiem, któremu zależało na dziedzictwie.
Ironia losu, że ostatecznie tym, co po nim pozostało, były zaledwie ruiny.
Nie mógł powstrzymać się przed porównywaniem Augustusa do własnego przodka. Do Slytherina, tak opętanego wizją swojego dziedzictwa, że przeklął własnych potomków, a w Hogwarcie pozostawił bezimienną grozę, która miała kiedyś przebudzić się tylko po to, by "oczyścić" szkołę.
Nie był specjalnie zaskoczony tym, że w Egipcie nie mieli myślodsiewni. Choćby dlatego, że do tego, aby zebrać wspomnienia, bardzo przydatna była różdżka, a w Afryce w przeszłości z konieczności wielu czarodziejów mozolnie zdobywało umiejętność magii bezróżdżkowej. Magia w różnych stronach świata przyjmowała rozmaitą postać. Wystarczyło spojrzeć na to, jak powszechna była animagia w Afryce, a jak rzadka w Anglii - i w drugą stronę, jak często tutaj korzystano z takich rzeczy jak fale czy świstokliki, a jak rzadkie było to na innych kontynentach.
- Zobaczymy wyłącznie to, co widział właściciel wspomnień. Nie możemy podążyć za kimś innym, bo dosłownie zaglądamy w jego pamięć - uzupełnił wyjaśnienia Alethei. - Trzeba jednak mieć na uwadze, że pamięć bywa zawodna. Nawet ta uwięziona w fiolce. Augustus mógł zmanipulować wspomnienia, pokazać tylko odpowiednie fragmenty albo nawet je zmodyfikować. Z dwoma wspomnieniami praktycznie na pewno coś jest nie tak: albo uległy uszkodzeniu, albo Blackwood je zmienił, bo są nazbyt mętne.
Spojrzał najpierw na Crouch, potem na McGongall, a potem...
...jako pierwszy pochylił się nad wielką czarą, wypełnioną srebrem.
*
Nie było trudno rozpoznać Augustusa Blackwooda. Był podobny do posągów z podziemi, które widziały Leta i Pandora, podobny do jednego z martwych obrazów, nieco podobny do ducha, który mignął im przy pierwszej wizycie... i Alethea nie miała też wątpliwości: gdy w widmowej formie weszła do pracowni, widziała właśnie jego (ewentualnie brata bliźniaka albo ojca, którego syn niesamowicie przypominał) na obrazie, który pozostawał pusty, ilekroć się tam pojawiali.
Mężczyzna o wielkim nosie, ciemnych oczach, ciemnych włosach i czarnej brodzie, odziany w staroświecką, ale wymyślnie haftowaną szatę, przechadzał się po pomieszczeniu. Nie była to jego pracownia, pokój położony musiał być gdzieś na powierzchni, bo przez niewielkie okna – pozbawione szyb, co potwierdzało, że minęło bardzo wiele lat od tych wydarzeń, za to z rozwartymi szeroko okiennicami – do środka wpadało światło. Wystrój pokoju wskazywał na to, że jego właściciel jest zamożny, i że prawdopodobnie służyło jako gabinet lub pracownia. Na jednej ze ścian wisiała wielka mapa nieba, blat zawalony był notatkami, a obok nich stała niewielka myślodsiewnia: chyba ta sama, którą później znaleźli w podziemiach.
– Augustusie? Wzywałeś?
Drzwi uchyliły się. Stanął w nich mężczyzna do Blackwooda podobny, ale nie identyczny: bez wątpienia jakiś krewny. Przypominał nieco ducha z podziemi, ale był od niego sporo młodszy, trudno było więc orzec, czy to on, czy też może w grę wchodziła kwestia rodzinnego podobieństwa.
– Tak, Markusie – przytaknął Augustus, odwracając się od niego i uśmiechając się szeroko, z wyraźnym zadowoleniem. – Potwierdziło się. Miałem rację. Po czterech pokoleniach wreszcie udało nam się potwierdzić, że dziedzictwo naszych wspaniałych przodków, ich dawna magia, znajduje się pod ziemią. Dokładnie pod miejscem, w którym stoimy…
Ironia losu, że ostatecznie tym, co po nim pozostało, były zaledwie ruiny.
Nie mógł powstrzymać się przed porównywaniem Augustusa do własnego przodka. Do Slytherina, tak opętanego wizją swojego dziedzictwa, że przeklął własnych potomków, a w Hogwarcie pozostawił bezimienną grozę, która miała kiedyś przebudzić się tylko po to, by "oczyścić" szkołę.
Nie był specjalnie zaskoczony tym, że w Egipcie nie mieli myślodsiewni. Choćby dlatego, że do tego, aby zebrać wspomnienia, bardzo przydatna była różdżka, a w Afryce w przeszłości z konieczności wielu czarodziejów mozolnie zdobywało umiejętność magii bezróżdżkowej. Magia w różnych stronach świata przyjmowała rozmaitą postać. Wystarczyło spojrzeć na to, jak powszechna była animagia w Afryce, a jak rzadka w Anglii - i w drugą stronę, jak często tutaj korzystano z takich rzeczy jak fale czy świstokliki, a jak rzadkie było to na innych kontynentach.
- Zobaczymy wyłącznie to, co widział właściciel wspomnień. Nie możemy podążyć za kimś innym, bo dosłownie zaglądamy w jego pamięć - uzupełnił wyjaśnienia Alethei. - Trzeba jednak mieć na uwadze, że pamięć bywa zawodna. Nawet ta uwięziona w fiolce. Augustus mógł zmanipulować wspomnienia, pokazać tylko odpowiednie fragmenty albo nawet je zmodyfikować. Z dwoma wspomnieniami praktycznie na pewno coś jest nie tak: albo uległy uszkodzeniu, albo Blackwood je zmienił, bo są nazbyt mętne.
Spojrzał najpierw na Crouch, potem na McGongall, a potem...
...jako pierwszy pochylił się nad wielką czarą, wypełnioną srebrem.
*
Nie było trudno rozpoznać Augustusa Blackwooda. Był podobny do posągów z podziemi, które widziały Leta i Pandora, podobny do jednego z martwych obrazów, nieco podobny do ducha, który mignął im przy pierwszej wizycie... i Alethea nie miała też wątpliwości: gdy w widmowej formie weszła do pracowni, widziała właśnie jego (ewentualnie brata bliźniaka albo ojca, którego syn niesamowicie przypominał) na obrazie, który pozostawał pusty, ilekroć się tam pojawiali.
Mężczyzna o wielkim nosie, ciemnych oczach, ciemnych włosach i czarnej brodzie, odziany w staroświecką, ale wymyślnie haftowaną szatę, przechadzał się po pomieszczeniu. Nie była to jego pracownia, pokój położony musiał być gdzieś na powierzchni, bo przez niewielkie okna – pozbawione szyb, co potwierdzało, że minęło bardzo wiele lat od tych wydarzeń, za to z rozwartymi szeroko okiennicami – do środka wpadało światło. Wystrój pokoju wskazywał na to, że jego właściciel jest zamożny, i że prawdopodobnie służyło jako gabinet lub pracownia. Na jednej ze ścian wisiała wielka mapa nieba, blat zawalony był notatkami, a obok nich stała niewielka myślodsiewnia: chyba ta sama, którą później znaleźli w podziemiach.
– Augustusie? Wzywałeś?
Drzwi uchyliły się. Stanął w nich mężczyzna do Blackwooda podobny, ale nie identyczny: bez wątpienia jakiś krewny. Przypominał nieco ducha z podziemi, ale był od niego sporo młodszy, trudno było więc orzec, czy to on, czy też może w grę wchodziła kwestia rodzinnego podobieństwa.
– Tak, Markusie – przytaknął Augustus, odwracając się od niego i uśmiechając się szeroko, z wyraźnym zadowoleniem. – Potwierdziło się. Miałem rację. Po czterech pokoleniach wreszcie udało nam się potwierdzić, że dziedzictwo naszych wspaniałych przodków, ich dawna magia, znajduje się pod ziemią. Dokładnie pod miejscem, w którym stoimy…