24.01.2024, 20:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2024, 02:20 przez Ambrosia McKinnon.)
Od kiedy tylko pierwszy raz spojrzała na niego pośród tych zieleniejących się francuskich bezdroży, po których tułali się wozem, cały czas zastanawiała się na ile wszystko to co się działo było dla niego prawdą, a na ile snem. Zaglądała czasem w te jego błękitne, zapite oczy i miała wrażenie, że nie widzi tam ani grama świadomości, nawet jeśli przemieszczał się z miejsca na miejsce. Od butelki do butelki. Nawet jeśli coś ściskało ją boleśnie za serce, kiedy widziała go w takim stanie, ani razu chyba nie sięgnęła dłonią by oderwać od jego ust szkło, z którego akurat pociągał kolejne łyki, które miały zagłuszyć wszystko to, co działo się w jego głowie. Nawet, jeśli bardzo tego chciała.
Po prostu daj sobie z nim spokój.
To jedno zdanie obijało jej się w głowie frenetycznie, za każdym razem gdy znalazł się na granicy jej świadomości. Myślała o tym, kiedy z roztargnieniem porządkowała rozrzucone znowu po wozie rzeczy, albo kiedy gdy śmiała się wraz z innymi przy ognisku, gdzieś kątem oka wyłapała jego chwiejącą się sylwetkę. Nie mogła o tym przestać myśleć, kiedy owijał ją jego zapach, aktualnie składający się niemal całkowicie z alkoholu lub podsuwała mu pod nos przygotowane jedzenie, żeby nie napełniał organizmu tylko i zaledwie procentami.
W liście zapewniła go, że jego stan będzie trzymał ją od niego z daleka i prawdę powiedziawszy, mogła z pewnym smutnym zadowoleniem uznać, że wywiązywała się z tych słów. Bo kiedy wstawało słońce, a z innych wozów zaczynali wyłaniać się ich mieszkańcy, ona robiła dokładnie to samo, woląc pomóc im w obowiązkach, porozmawiać i pożartować, zamiast dojść do porozumienia z cichym głosem w swojej głowie, który grzecznie pytał jej co tutaj właściwie robiła?
Może nie chciała pozwolić mu na to by był teraz sam przez wzgląd na to, jak wiele razy ona sama umierała w środku błagając o to by nie zostawiał jej, kiedy sama postanawiała uciec.
Pokaż karty, Rosie. Napisał jej w tym pierwszym liście, ale prawda była taka, że nie była w stanie ich odsłonić w pełni nawet przed samą sobą. Tak samo jak wcześniej tasowała chętnie talię i pytała ją o wskazówki, tak z nadejściem lipca, a w szczególności tych dni spędzonych z nim, stała się o wiele bardziej chłodna w stosunku do swoich kart. Nosiła je wciąż blisko siebie, czując kształt zarysowujący się w kieszeni spódnicy i często też do niego sięgała, jakby w pewnych momentach sam zarys talii miał dodać chociaż odrobinę odwagi, jednak oprócz tego ta wciąż pozostawała skryta w fałdach materiału.
Chyba zwyczajnie bała się, że mogła dowiedzieć się czegoś, na co absolutnie nie była gotowa.
Uważała sobie za niezwykle naiwną, jeśli chodziło o jego osobę. Z jednej strony denerwowała się na samą siebie, doskonale rozumiejąc że nie powinna wciąż darzyć go podobnymi uczuciami, nie po tym wszystkim co się między nimi zepsuło, ale z drugiej, zwyczajnie nie mogła przestać. Nie wierzyła w to, że jest wart więcej niż sam uważał - ona to zwyczajnie wiedziała, jakby każde potknięcie, czy to z jego strony czy z jej, tylko upewniało ją w tym przekonaniu. Nie zmieniała zdania na ten temat nawet kiedy widziała, jak mamrocze w delirium, albo kiedy Diana opowiadała jej, jak nisko był w stanie upaść.
Kiedy ostatni raz pytał ją, jak wygląda Limbo, wciąż miała tę swoją zmęczoną twarz, która pokazywała się za każdym razem, kiedy ktoś o nim wspominał. Wciąż nie dawała sobie w pełni rady z tym, co widziała po drugiej stronie, ale teraz zwykła odpowiadać, że Limbo jest spokojne. Nie wiedziała, czy zapewniała tym innych, czy może samą siebie, ale wzmianka o poczuciu spełnienia, jakie czyhało po śmierci, wydawała się odpowiednio pokrzepiająca. Mogła tylko domyślać się tego, jak aktualnie czuł się między innymi ludźmi, klucząc wśród nich niczym zjawa, ale pewnie gdyby tylko wspomniał coś na ten temat, zapewniłaby go że nawet jeśli nie miał miejsca, z którym mógł się związać, to zawsze mógł nawiedzać ją samą. W końcu duchy mogły przywiązać się także do ludzi, a ona nie miałaby nic przeciwko.
Kiedy kreśliła do niego list, ostatkami sił powstrzymała się, by nie napisać do niego tego jednego słowa, które wydawał się mimo wszystko wyczytać między wierszami. W jakiś sposób wydawało się teraz dla niej zbyt wielkie, chyba przez wątpliwości jakie czasem nawiedzały ją, dociskając barki i kuląc je pod napływem żalu. Po nieudanym wyjeździe do Grecji często zastanawiała się, czy to było między nimi wcześniej to faktycznie było szczęście, czy może tylko coś tylko przez nią traktowanego z takim uczuciem.
Jakkolwiek jednak czasem nie była rozżalona w stosunku do niego, tchórzem nazwała go tylko raz i niemal natychmiast tego pożałowała, nawet jeśli była wtedy tak cholernie na niego wściekła. A może nie wściekła, tylko zwyczajnie zrozpaczona. Bo złamał jej wtedy serce w sposób, którego nigdy sobie nie wyobrażała. Wziął jedną z tych rzeczy, które nienawidziła w sobie i które ciążyły jej niemiłosiernie, a potem rzucił ją jej prosto w twarz, wypierając się jej przy tym. On, osoba której ufała najbardziej na świecie i którą kochała całym sercem.
A pomimo tej zdrady i tak potem wyciągała w rozkładach Słońce i Pustelnika, witając ich pustym spojrzeniem, za którym nic się nie kryło. Kiedy łapała w palce Kochanków, zwyczajnie zaczynała płakać, gryząc przy tym wargi do krwi, w nieudolnej próbie zogniskowania bólu w jakimś wyraźnym, fizycznym miejscu, bo ten który bez źródła rozlewał się po klatce piersiowej był zwyczajnie nie do zniesienia.
Z jakiegoś powodu, tego lata, kiedy tak na niego patrzyła, znowu czuła ten ból, a nie dlatego że on ją zawiódł. Czuła go dlatego, bo myślała iż to ona zawiodła jego.
Pomimo tego, że przywiozła ze sobą kadzidełka zrobione przez Persefonę, które miały odganiać bezsenność, jej sen i tak był lekki i niespokojny. Kiedy wieczorami kładła się do łóżka, zasypiała długo, z pewną niepokojem nasłuchując tego, jak Alexander oddycha obok niej lub wierci się niespokojnie, wyrzucając z siebie urywki słów, które wypychały z niego złe sny. Odwracała się wtedy do niego za każdym razem, łagodnie wyrywając go z uścisku nocnych mar. Kiedy czasem wyciągał wtedy do niej dłoń, jakby bojąc się, że wcale jej przy nim nie ma, tonęła wtedy w jego dotyku, który muskał jej policzek, raz tylko nie będąc w stanie wzbronić się przed tym by przytrzymać jego dłoni na moment i na koniec ucałować jej wnętrze. Zaraz po tym zwyczajnie wyszła z wozu, opatulając się chustą i spędzając dłuższy czas na drewnianych schodkach, które do niego prowadziły, obserwując gwiazdy.
Kiedy wymruczał coś niezbornie, wyraźnie wciąż nie przekraczając jakiejś wąskiej granicy jawy i snu, na moment przytuliła mu dłoń do policzka w czułym geście, szybko jednak cofając dłoń, jakby obawiając się że gest ten zaraz zostanie skategoryzowany jako nazbyt realny. Uniosła wzrok na moment nad nim i powiodła spojrzeniem po brzegu jeziora przy którym się zatrzymali, z pewnym rozczuleniem zauważając modre główki niezapominajek, które obsiały się dookoła zieleniejącego się oka wody. Kiedyś zapytał jej, jakie kwiaty właściwie lubiła i w pierwszym odruchu odpowiedziała mu domyśl się, z właściwą dla siebie, przewrotną manierą i figlarnym uśmiechem. Innym razem powiedziała mu, że jakieś niebanalne, najlepiej takie które nie pozwolą jej zapomnieć od kogo je dostała, bo róże i tulipany były tak oklepane, że już gubiła się w tym wszystkim. Tak, jakby była jakąś niezwykle popularną dziewczyną, której bukieciki od amantów zaśmiecały szafkę nocną w dormitorium. Nie pamiętała już nawet, w jaki sposób doszli do tych niezapominajek, ale dla niej stały się symbolem tego, co było między nimi. Zwyczajnie nie mogła zapomnieć o wszystkim co słodkie między nimi.
Nawet samo jezioro, dookoła którego niezabudki rosły, wydawało jej się znajome, mimo że pewnie nigdy wcześniej nie zatrzymali się dookoła niego. Mimowolnie sięgała pamięcią do dawnych ich wypadów na francuską wieś. Szczególnie do tego jednego, kiedy kąpali się w jednym zbiorników wodnych, a Axel pocałował ją wtedy pod wodą. Prawie się wtedy utopiła (trochę dramatyzowała), ale kiedy tylko doszła do siebie na brzegu, znowu zaciągnęła go do wody i pokazała, jak słodkie mogło to być wspomnienie. Już bez miejsca na wdzierającą się z zaskoczenia do nosa wodę.
- Nigdzie się nie wybieram, nawet jeśli byś go zgubił - zapewniła go, ponownie spoglądając na jego wymęczoną twarz i siadając obok niego na trawie. Z słońcem sączącym się przez jej jasne, złociste włosy, tworzącym swoiste halo nad jej głową, wcale nie dziwiła się, że mogła dla niego wciąż wyglądać jak senna zjawa, która była z nim... właściwie to z jakiego powodu? Dość szybko zaakceptowała swoją rolę ducha, ale chyba wcześniej nie pochwyciła jakoś mocniej tej myśli, że czemu to akurat ją chciałby w tym momencie najbardziej oglądać?
- Myślę, że go potrzebujesz - odpowiedziała powoli, dłonią sięgając z roztargnieniem do łańcuszka, który złocił się jej na szyi i niknął gdzieś pod bluzką. Był chyba jedynym stałym elementem biżuterii, jaki nosiła. Nawet, kiedy nie odgrywała Lady Macarii, a była przebrana tylko za Rosie. Któregoś razu, kiedy krążyli pomiędzy straganami jakiegoś jarmarku, przeglądając wystawki zwyczajnie zatrzymała się przy jednej z nich, wskazując na wyłożone wisiorki i z przekąsem oznajmiając kup mi. Jej palec kierował się w stronę srebrnego łańcuszka, na końcu którego pysznił się księżyc, który przecież był jej symbolem. Naturalną kolei rzeczy więc, Alexander kupił jej, ale nie księżyc, ale znajdujące się obok słońce i wręczył jej go z właściwym dla siebie, pełnym przekory uśmiechem.
- To nie czas na ósemkę pucharów, nawet jeśli wiem, jak bardzo chciałbyś to zrobić. Chciałam, żebyś znalazł w sobie chociaż trochę siły, żeby zastanowić się nad tym co teraz. Nad tym, co z tobą. Chciałam pomóc.
Po prostu daj sobie z nim spokój.
To jedno zdanie obijało jej się w głowie frenetycznie, za każdym razem gdy znalazł się na granicy jej świadomości. Myślała o tym, kiedy z roztargnieniem porządkowała rozrzucone znowu po wozie rzeczy, albo kiedy gdy śmiała się wraz z innymi przy ognisku, gdzieś kątem oka wyłapała jego chwiejącą się sylwetkę. Nie mogła o tym przestać myśleć, kiedy owijał ją jego zapach, aktualnie składający się niemal całkowicie z alkoholu lub podsuwała mu pod nos przygotowane jedzenie, żeby nie napełniał organizmu tylko i zaledwie procentami.
W liście zapewniła go, że jego stan będzie trzymał ją od niego z daleka i prawdę powiedziawszy, mogła z pewnym smutnym zadowoleniem uznać, że wywiązywała się z tych słów. Bo kiedy wstawało słońce, a z innych wozów zaczynali wyłaniać się ich mieszkańcy, ona robiła dokładnie to samo, woląc pomóc im w obowiązkach, porozmawiać i pożartować, zamiast dojść do porozumienia z cichym głosem w swojej głowie, który grzecznie pytał jej co tutaj właściwie robiła?
Może nie chciała pozwolić mu na to by był teraz sam przez wzgląd na to, jak wiele razy ona sama umierała w środku błagając o to by nie zostawiał jej, kiedy sama postanawiała uciec.
Pokaż karty, Rosie. Napisał jej w tym pierwszym liście, ale prawda była taka, że nie była w stanie ich odsłonić w pełni nawet przed samą sobą. Tak samo jak wcześniej tasowała chętnie talię i pytała ją o wskazówki, tak z nadejściem lipca, a w szczególności tych dni spędzonych z nim, stała się o wiele bardziej chłodna w stosunku do swoich kart. Nosiła je wciąż blisko siebie, czując kształt zarysowujący się w kieszeni spódnicy i często też do niego sięgała, jakby w pewnych momentach sam zarys talii miał dodać chociaż odrobinę odwagi, jednak oprócz tego ta wciąż pozostawała skryta w fałdach materiału.
Chyba zwyczajnie bała się, że mogła dowiedzieć się czegoś, na co absolutnie nie była gotowa.
Uważała sobie za niezwykle naiwną, jeśli chodziło o jego osobę. Z jednej strony denerwowała się na samą siebie, doskonale rozumiejąc że nie powinna wciąż darzyć go podobnymi uczuciami, nie po tym wszystkim co się między nimi zepsuło, ale z drugiej, zwyczajnie nie mogła przestać. Nie wierzyła w to, że jest wart więcej niż sam uważał - ona to zwyczajnie wiedziała, jakby każde potknięcie, czy to z jego strony czy z jej, tylko upewniało ją w tym przekonaniu. Nie zmieniała zdania na ten temat nawet kiedy widziała, jak mamrocze w delirium, albo kiedy Diana opowiadała jej, jak nisko był w stanie upaść.
Kiedy ostatni raz pytał ją, jak wygląda Limbo, wciąż miała tę swoją zmęczoną twarz, która pokazywała się za każdym razem, kiedy ktoś o nim wspominał. Wciąż nie dawała sobie w pełni rady z tym, co widziała po drugiej stronie, ale teraz zwykła odpowiadać, że Limbo jest spokojne. Nie wiedziała, czy zapewniała tym innych, czy może samą siebie, ale wzmianka o poczuciu spełnienia, jakie czyhało po śmierci, wydawała się odpowiednio pokrzepiająca. Mogła tylko domyślać się tego, jak aktualnie czuł się między innymi ludźmi, klucząc wśród nich niczym zjawa, ale pewnie gdyby tylko wspomniał coś na ten temat, zapewniłaby go że nawet jeśli nie miał miejsca, z którym mógł się związać, to zawsze mógł nawiedzać ją samą. W końcu duchy mogły przywiązać się także do ludzi, a ona nie miałaby nic przeciwko.
Kiedy kreśliła do niego list, ostatkami sił powstrzymała się, by nie napisać do niego tego jednego słowa, które wydawał się mimo wszystko wyczytać między wierszami. W jakiś sposób wydawało się teraz dla niej zbyt wielkie, chyba przez wątpliwości jakie czasem nawiedzały ją, dociskając barki i kuląc je pod napływem żalu. Po nieudanym wyjeździe do Grecji często zastanawiała się, czy to było między nimi wcześniej to faktycznie było szczęście, czy może tylko coś tylko przez nią traktowanego z takim uczuciem.
Jakkolwiek jednak czasem nie była rozżalona w stosunku do niego, tchórzem nazwała go tylko raz i niemal natychmiast tego pożałowała, nawet jeśli była wtedy tak cholernie na niego wściekła. A może nie wściekła, tylko zwyczajnie zrozpaczona. Bo złamał jej wtedy serce w sposób, którego nigdy sobie nie wyobrażała. Wziął jedną z tych rzeczy, które nienawidziła w sobie i które ciążyły jej niemiłosiernie, a potem rzucił ją jej prosto w twarz, wypierając się jej przy tym. On, osoba której ufała najbardziej na świecie i którą kochała całym sercem.
A pomimo tej zdrady i tak potem wyciągała w rozkładach Słońce i Pustelnika, witając ich pustym spojrzeniem, za którym nic się nie kryło. Kiedy łapała w palce Kochanków, zwyczajnie zaczynała płakać, gryząc przy tym wargi do krwi, w nieudolnej próbie zogniskowania bólu w jakimś wyraźnym, fizycznym miejscu, bo ten który bez źródła rozlewał się po klatce piersiowej był zwyczajnie nie do zniesienia.
Z jakiegoś powodu, tego lata, kiedy tak na niego patrzyła, znowu czuła ten ból, a nie dlatego że on ją zawiódł. Czuła go dlatego, bo myślała iż to ona zawiodła jego.
Pomimo tego, że przywiozła ze sobą kadzidełka zrobione przez Persefonę, które miały odganiać bezsenność, jej sen i tak był lekki i niespokojny. Kiedy wieczorami kładła się do łóżka, zasypiała długo, z pewną niepokojem nasłuchując tego, jak Alexander oddycha obok niej lub wierci się niespokojnie, wyrzucając z siebie urywki słów, które wypychały z niego złe sny. Odwracała się wtedy do niego za każdym razem, łagodnie wyrywając go z uścisku nocnych mar. Kiedy czasem wyciągał wtedy do niej dłoń, jakby bojąc się, że wcale jej przy nim nie ma, tonęła wtedy w jego dotyku, który muskał jej policzek, raz tylko nie będąc w stanie wzbronić się przed tym by przytrzymać jego dłoni na moment i na koniec ucałować jej wnętrze. Zaraz po tym zwyczajnie wyszła z wozu, opatulając się chustą i spędzając dłuższy czas na drewnianych schodkach, które do niego prowadziły, obserwując gwiazdy.
Kiedy wymruczał coś niezbornie, wyraźnie wciąż nie przekraczając jakiejś wąskiej granicy jawy i snu, na moment przytuliła mu dłoń do policzka w czułym geście, szybko jednak cofając dłoń, jakby obawiając się że gest ten zaraz zostanie skategoryzowany jako nazbyt realny. Uniosła wzrok na moment nad nim i powiodła spojrzeniem po brzegu jeziora przy którym się zatrzymali, z pewnym rozczuleniem zauważając modre główki niezapominajek, które obsiały się dookoła zieleniejącego się oka wody. Kiedyś zapytał jej, jakie kwiaty właściwie lubiła i w pierwszym odruchu odpowiedziała mu domyśl się, z właściwą dla siebie, przewrotną manierą i figlarnym uśmiechem. Innym razem powiedziała mu, że jakieś niebanalne, najlepiej takie które nie pozwolą jej zapomnieć od kogo je dostała, bo róże i tulipany były tak oklepane, że już gubiła się w tym wszystkim. Tak, jakby była jakąś niezwykle popularną dziewczyną, której bukieciki od amantów zaśmiecały szafkę nocną w dormitorium. Nie pamiętała już nawet, w jaki sposób doszli do tych niezapominajek, ale dla niej stały się symbolem tego, co było między nimi. Zwyczajnie nie mogła zapomnieć o wszystkim co słodkie między nimi.
Nawet samo jezioro, dookoła którego niezabudki rosły, wydawało jej się znajome, mimo że pewnie nigdy wcześniej nie zatrzymali się dookoła niego. Mimowolnie sięgała pamięcią do dawnych ich wypadów na francuską wieś. Szczególnie do tego jednego, kiedy kąpali się w jednym zbiorników wodnych, a Axel pocałował ją wtedy pod wodą. Prawie się wtedy utopiła (trochę dramatyzowała), ale kiedy tylko doszła do siebie na brzegu, znowu zaciągnęła go do wody i pokazała, jak słodkie mogło to być wspomnienie. Już bez miejsca na wdzierającą się z zaskoczenia do nosa wodę.
- Nigdzie się nie wybieram, nawet jeśli byś go zgubił - zapewniła go, ponownie spoglądając na jego wymęczoną twarz i siadając obok niego na trawie. Z słońcem sączącym się przez jej jasne, złociste włosy, tworzącym swoiste halo nad jej głową, wcale nie dziwiła się, że mogła dla niego wciąż wyglądać jak senna zjawa, która była z nim... właściwie to z jakiego powodu? Dość szybko zaakceptowała swoją rolę ducha, ale chyba wcześniej nie pochwyciła jakoś mocniej tej myśli, że czemu to akurat ją chciałby w tym momencie najbardziej oglądać?
- Myślę, że go potrzebujesz - odpowiedziała powoli, dłonią sięgając z roztargnieniem do łańcuszka, który złocił się jej na szyi i niknął gdzieś pod bluzką. Był chyba jedynym stałym elementem biżuterii, jaki nosiła. Nawet, kiedy nie odgrywała Lady Macarii, a była przebrana tylko za Rosie. Któregoś razu, kiedy krążyli pomiędzy straganami jakiegoś jarmarku, przeglądając wystawki zwyczajnie zatrzymała się przy jednej z nich, wskazując na wyłożone wisiorki i z przekąsem oznajmiając kup mi. Jej palec kierował się w stronę srebrnego łańcuszka, na końcu którego pysznił się księżyc, który przecież był jej symbolem. Naturalną kolei rzeczy więc, Alexander kupił jej, ale nie księżyc, ale znajdujące się obok słońce i wręczył jej go z właściwym dla siebie, pełnym przekory uśmiechem.
- To nie czas na ósemkę pucharów, nawet jeśli wiem, jak bardzo chciałbyś to zrobić. Chciałam, żebyś znalazł w sobie chociaż trochę siły, żeby zastanowić się nad tym co teraz. Nad tym, co z tobą. Chciałam pomóc.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror