24.01.2024, 22:07 ✶
To, jak Camille podchodziła do mugolaków, było sprawą dość skomplikowaną. Dotykała ich i leczyła, bo musiała i... Chciała. Wynikało to jednak wyłącznie z jej zawodowej ciekawości. Och, daleko jej co prawda było do niektórych, którzy najchętniej eksperymentowaliby na czarodziejach, pochodzących z niemagicznych rodzin, ale zdecydowanie traktowała ich jako obiekty medyczne. Mało kto jednak wyczuwał tę subtelną różnicę - znajomi z pracy wiedzieli tyle, ile musieli. Camille nigdy nie pozwoliła na przestrzeni tych lat, by jej poglądy wpłynęły na jakość pracy i to im wystarczało. Również nigdy nie używała wulgarnego słownictwa, takiego jak szlamy. Nie gardziła nikim otwarcie, choć dało się wyczuć chłód i dystans w stosunku do pacjentów nieczystej krwi.
Gdzieś między kolejnymi kęsami jedzenia i łykami wina Camille słuchała tego, co Chester miał do powiedzenia. Nie dało się nie zauważyć, że blondynka jadła mało i powoli. Pytanie czy na Lithę przyszła - w przeciwieństwie do Rookwooda - najedzona, czy wyniosła to z domu? Jeśli chodziło o kobiety z wyższych sfer, do których niewątpliwie zaliczała się rodzina Delacour, ogromny nacisk kładziono na wygląd, w tym oczywiście figurę. Camille nic pod tym względem nie brakowało: być może właśnie dlatego, że nauczono ją, by jeść niewiele.
- Na ten moment dzielę gabinet z koleżanką, która otworzyła własną praktykę. Przyjmuję tam prywatnych pacjentów, ale tak, myślę czy by nie otworzyć czegoś własnego. Ze szpitala jednak nie zrezygnuję, praca tam otwiera wiele drzwi, żadna prywatna praktyka nie zastąpi też możliwości rozwoju w Mungu - powiedziała, odkładając widelec na krawędź talerza. Drobna dłoń sięgnęła po chusteczkę, by blondynka mogła dyskretnie otrzeć usta. Nie zamierzała mu mówić, że jej ambicje były dużo wyższe, niż przeciętnego uzdrowiciela, dlatego tak uparcie trzymała się Munga. Pytanie o zainteresowania nieco zbiło ją z tropu, ale Delacour była przecież kobietą - urokliwą, ale i oczytaną. Posłała więc Chesterowi lekki, nieco tajemniczy uśmiech. - Mam wiele zainteresowań. Tak wiele, że by je wszystkie poznać, musielibyśmy się spotkać jeszcze nie raz i nie dwa.
Posłała mu kolejny, tym razem zupełnie niewinny uśmiech i spojrzenie, które zaraz zniknęło za woalem czarnych, długich rzęs.
- Skończyłam Beauxbatons, urodziłam i wychowałam się we Francji, więc można powiedzieć, że gdzieś w mojej krwi płynie zamiłowanie do sztuki wszelkiego rodzaju. Kształciłam się też w tańcu, zanim rozpoczęłam naukę. Kocham także literaturę, ale od wielu lat czytuję głównie literaturę naukową. Lubię jednak otaczać się szeroko rozumianym artyzmem. Nie znam się jednak na malarstwie, ale lubię odwiedzać muzea. Nie wiem, czy można to nazwać zainteresowaniami - chadzała tam, gdy miała czas. A ostatnio miała go tyle, co kot napłakał. Camille nie pamiętała, kiedy ostatnio udało jej się odwiedzić galerię sztuki. Rok temu? Dwa lata temu? - Na pewno twoje zainteresowania są bardziej porywające i ugruntowane, niż moje.
Jej były rozwiane, niewyraźne i rozmazane. Najzwyczajniej w świecie nie miała tyle czasu, by móc oddać się jakiejkolwiek pasji.
Gdzieś między kolejnymi kęsami jedzenia i łykami wina Camille słuchała tego, co Chester miał do powiedzenia. Nie dało się nie zauważyć, że blondynka jadła mało i powoli. Pytanie czy na Lithę przyszła - w przeciwieństwie do Rookwooda - najedzona, czy wyniosła to z domu? Jeśli chodziło o kobiety z wyższych sfer, do których niewątpliwie zaliczała się rodzina Delacour, ogromny nacisk kładziono na wygląd, w tym oczywiście figurę. Camille nic pod tym względem nie brakowało: być może właśnie dlatego, że nauczono ją, by jeść niewiele.
- Na ten moment dzielę gabinet z koleżanką, która otworzyła własną praktykę. Przyjmuję tam prywatnych pacjentów, ale tak, myślę czy by nie otworzyć czegoś własnego. Ze szpitala jednak nie zrezygnuję, praca tam otwiera wiele drzwi, żadna prywatna praktyka nie zastąpi też możliwości rozwoju w Mungu - powiedziała, odkładając widelec na krawędź talerza. Drobna dłoń sięgnęła po chusteczkę, by blondynka mogła dyskretnie otrzeć usta. Nie zamierzała mu mówić, że jej ambicje były dużo wyższe, niż przeciętnego uzdrowiciela, dlatego tak uparcie trzymała się Munga. Pytanie o zainteresowania nieco zbiło ją z tropu, ale Delacour była przecież kobietą - urokliwą, ale i oczytaną. Posłała więc Chesterowi lekki, nieco tajemniczy uśmiech. - Mam wiele zainteresowań. Tak wiele, że by je wszystkie poznać, musielibyśmy się spotkać jeszcze nie raz i nie dwa.
Posłała mu kolejny, tym razem zupełnie niewinny uśmiech i spojrzenie, które zaraz zniknęło za woalem czarnych, długich rzęs.
- Skończyłam Beauxbatons, urodziłam i wychowałam się we Francji, więc można powiedzieć, że gdzieś w mojej krwi płynie zamiłowanie do sztuki wszelkiego rodzaju. Kształciłam się też w tańcu, zanim rozpoczęłam naukę. Kocham także literaturę, ale od wielu lat czytuję głównie literaturę naukową. Lubię jednak otaczać się szeroko rozumianym artyzmem. Nie znam się jednak na malarstwie, ale lubię odwiedzać muzea. Nie wiem, czy można to nazwać zainteresowaniami - chadzała tam, gdy miała czas. A ostatnio miała go tyle, co kot napłakał. Camille nie pamiętała, kiedy ostatnio udało jej się odwiedzić galerię sztuki. Rok temu? Dwa lata temu? - Na pewno twoje zainteresowania są bardziej porywające i ugruntowane, niż moje.
Jej były rozwiane, niewyraźne i rozmazane. Najzwyczajniej w świecie nie miała tyle czasu, by móc oddać się jakiejkolwiek pasji.