24.11.2022, 06:37 ✶
- Na prawdę? Nie znam. - odparł stanowczo, nawet nie próbując sobie zawracać głowy tym, czy faktycznie mogła mieć kogoś konkretnego na myśli. BUMowcy wystawiali mandaty za złe parkowanie mioteł, nic więc dziwnego, że kiedy tylko dostał błyszczącą plakietkę aurora, to przestał sobie zawracać nimi głowę. - Zrozum, praca nie wybiera, mam zawsze pełne ręce roboty. Tak, to bym bardzo chętnie nawet pomógł ci w tych swatach. To przecież już ten wiek, żeby znaleźć sobie męża - dobrze że nie rozmawiali o jakichś celebrytach aurorach, bo Merlin mu świadkiem, że rzuciłby jakąś niewybredną uwagę o Orionie w tym jakże niewłaściwym kontekście.
- Wiesz, gdzieś kiedyś słyszałem, że pacjenci szpitali często zaczynają żywić uczucia do swoich lekarzy. Ma to coś do czynienia z opiekuńczością i poświęcaniem uwagi. Widzisz, to twoja szansa. Nawet nie musisz łapać jednej sroki za ogon, bo masz pod ręką parę. - pokiwał głową, jakby właśnie obdarowywał ja swoim błogosławieństwem. Po części tak było, niech jej idzie na zdrowię, na prawdę, byleby się uwinęła z nim jak najszybciej. - Ale tobie nic nie jest? - łypnął na nią okiem, omiatając ją od stóp do głów, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu aktualna sytuacja. Wyglądało jednak, że nic jej nie było, a pewnie gdyby było, to podobnie jak on próbowałaby zacisnąć zęby i wrócić do pracy. To chyba było rodzinne.
Na jakieś tam pierdoły o niezakładaniu się z jasnowidzami, poprzedrzeźniał ją tylko pod nosem i to dodatkowo w jakiś pokrętny, nieartykułowalny sposób, który nijak dało się rozszyfrować. Nie mógł się z nią spierać, bo doskonale tężę zasadę znał, co nie zmieniało faktu, że nagminnie starał się jej niezachwialność poddawać próbie.
Kiedy wreszcie zabrała się na poważnie do roboty, poczuł rozchodzącą się po ciele ulgę. Bok zdawał się jeszcze trochę pulsować bólem jakby samym jego wspomnieniem i dla zasady, żeby zrobić mu na złość i nie puścić zbyt szybko z kozetki. Nie zmieniało to jednak faktu, że był on nagle znośny, umożliwiał normalne oddychanie, a nawet pozwalał na stanięcię prosto, a przynajmniej Atreus tak optymistycznie zakładał, bo wciąż siedział na swoim miejscu.
- No wreszcie. Nie wiem czemu tyle się guzdrałaś. Dostanę chociaż lizaka za bycie dzielnym pacjentem? - zapytał, unosząc lekko brwi, jakby była to jedyna rzecz, która miała go zmusić do wypicia eliksiru. Prawdę powiedziawszy jednak, na prawdę chciał już opróżnić fiolkę i zmyć się ze szpitala. Nie chodziło tutaj nawet o to, że miał zamiar pokuśtykać do jednego z kasyn i odreagować ten podły dzień, ale zwyczajnie chciał wrócić na trasę marszu. Część awantur powinna się już rozejść po kościach, ale tego typu wydarzenia często nosiły za sobą podjudzone niedobitki, które wędrowały ciasnymi uliczkami w głąb magicznego i niemagicznego Londynu, z zamiarem powodowania szeroko pojętego antencyjnego chaosu. Zająć się nimi natomiast, było robotą zarówno BUMowców jak i aurorów, zależy od delikwenta.
- Wiesz, gdzieś kiedyś słyszałem, że pacjenci szpitali często zaczynają żywić uczucia do swoich lekarzy. Ma to coś do czynienia z opiekuńczością i poświęcaniem uwagi. Widzisz, to twoja szansa. Nawet nie musisz łapać jednej sroki za ogon, bo masz pod ręką parę. - pokiwał głową, jakby właśnie obdarowywał ja swoim błogosławieństwem. Po części tak było, niech jej idzie na zdrowię, na prawdę, byleby się uwinęła z nim jak najszybciej. - Ale tobie nic nie jest? - łypnął na nią okiem, omiatając ją od stóp do głów, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu aktualna sytuacja. Wyglądało jednak, że nic jej nie było, a pewnie gdyby było, to podobnie jak on próbowałaby zacisnąć zęby i wrócić do pracy. To chyba było rodzinne.
Na jakieś tam pierdoły o niezakładaniu się z jasnowidzami, poprzedrzeźniał ją tylko pod nosem i to dodatkowo w jakiś pokrętny, nieartykułowalny sposób, który nijak dało się rozszyfrować. Nie mógł się z nią spierać, bo doskonale tężę zasadę znał, co nie zmieniało faktu, że nagminnie starał się jej niezachwialność poddawać próbie.
Kiedy wreszcie zabrała się na poważnie do roboty, poczuł rozchodzącą się po ciele ulgę. Bok zdawał się jeszcze trochę pulsować bólem jakby samym jego wspomnieniem i dla zasady, żeby zrobić mu na złość i nie puścić zbyt szybko z kozetki. Nie zmieniało to jednak faktu, że był on nagle znośny, umożliwiał normalne oddychanie, a nawet pozwalał na stanięcię prosto, a przynajmniej Atreus tak optymistycznie zakładał, bo wciąż siedział na swoim miejscu.
- No wreszcie. Nie wiem czemu tyle się guzdrałaś. Dostanę chociaż lizaka za bycie dzielnym pacjentem? - zapytał, unosząc lekko brwi, jakby była to jedyna rzecz, która miała go zmusić do wypicia eliksiru. Prawdę powiedziawszy jednak, na prawdę chciał już opróżnić fiolkę i zmyć się ze szpitala. Nie chodziło tutaj nawet o to, że miał zamiar pokuśtykać do jednego z kasyn i odreagować ten podły dzień, ale zwyczajnie chciał wrócić na trasę marszu. Część awantur powinna się już rozejść po kościach, ale tego typu wydarzenia często nosiły za sobą podjudzone niedobitki, które wędrowały ciasnymi uliczkami w głąb magicznego i niemagicznego Londynu, z zamiarem powodowania szeroko pojętego antencyjnego chaosu. Zająć się nimi natomiast, było robotą zarówno BUMowców jak i aurorów, zależy od delikwenta.