25.01.2024, 13:21 ✶
Sarah naprawdę chciała wstać. Musicie jej uwierzyć, że chciała! Ale absolutnie nic nie szło po jej myśli... Kapłanki nie słuchał się nie tylko świat - posłuszeństwa odmawiały nawet własne nogi. To było tragiczne. Kiedy przypominała sobie, jak szczęśliwa była godzinę temu, to czuła się jeszcze bardziej przybita. W dodatku egocentryzm kazał Macmillan spoglądać na to wszystko jak na jakąś naprawdę wyszukaną formę kary. Ha, chciałaś się bawić w obliczu tak wielkiej katastrofy? No to cyk - oto twoja zabawa! Ta przynajmniej mogła przynieść coś dobrego dla otoczenia... Dobrego! Matko przenajświętsza! To były jej własne myśli, czy piekielny podszept ich durnego przodka?! I najgorszym wydawało się być teraz, że chyba jednak jej... Bo skoro Murtagh potrafił iść tam i zaprotestować, to nie mógł słyszeć w głowie wyraźnego rozkazu.
Starała się nie patrzeć na Maeve. Cokolwiek próbowała osiągnąć tym żałosnym tekstem o sikaniu odbiło się od kapłanki jak od ściany - wyglądała jak obrażona księżniczka. No i w sumie nią była. Uczyniła się gwiazdą tej sceny, chociaż to Agatha postanowiła się bez powodu zabić. Nie, to totalnie nie ona powinna zebrać wokół siebie wianuszek zainteresowanych jej losem, bo tylko i wyłącznie beczała przez wszechogarniające przerażenie. Prawdę mówiąc, to miała ochotę tę Chang szarpać. Nakrzyczeć na nią za idiotyczne żarty, których nie powinno się tutaj mówić, za głupotę, za karygodny dobór słów. Chciała wypluć na nią całą swoją frustrację, bo totalnie na to zasługiwała, ale...! Może to Azjatką powinni pizdnąć o tej kamień... No właśnie - ale! Nie była ślepa. Azjatka przyszła tutaj z Lorraine. Lorraine była rodziną. A bliska rodzina była nietykalna. Kryła brata, który zwierzył jej się z tak obleśnych morderstw i skrzywionego myślenia, że sprawa Maeve wyglądała jak pisklę obrane z piór, idące obok dumnego z siebie pawia - tak skrajne przypadki, nie dało się zrównać ich w żaden sposób poza tą jedną częścią wspólną - od obu czuła, że zaraz zemdleje. Ale musiała przyznać, że gdyby miała wskazać, kto dzisiaj zginie na tym ołtarzu, pierwszą myślą byłaby właśnie Maeve. Mrgunęłaby, gdyby Isobell wbiła w nią rytualny nóż? No i szarpanie, krzyczenie? Chcieć, to wcale nie znaczyło móc. Nie miała w sobie odwagi uszczypnięcia jej. Nie potrafiłaby powiedzieć teraz nic, w czym ludzie dostrzegliby cokolwiek poza świergotem ptaków i rozpaczą delikatnej osoby. Ale ten zły człowiek pragnący spoliczkować pochylającą się nad nią kobietę tam był. Głęboko w środku, a może... po drugiej stronie umysłu. Jak ciemna strona księżyca, tkwił tam i namawiał ją do robienia rzeczy, jakich szybko zaczęłaby żałować.
Próbowała oddychać. Tylko to nie było proste. Bo właśnie widziała śmierć. I właśnie osoba, o której dzisiaj po południu mówiła źle, ostrzegając przed nią Leviathana, miała zginąć w równie tragiczny sposób. No a tak poza tym, to widziała na sabacie przynajmniej dwójkę pracowników Ministerstwa, więc albo Sebastian zostanie nowym arcykapłanem, albo ona powinna szukać sobie nowej pracy. I gdzie ona się niby mogła zatrudnić? Czy „żona” to zatrudnienie? Czy od tego odprowadzało się podatek...?
Oh nie, każda myśl stawała się coraz gorsza.
A Sarah nagle siedziała na ziemi, mając przed sobą dwie osoby, które chciały dotknąć jej twarzy. O tym, że chciała za to nakrzyczeć na Maeve już pisałam, ale Leviathan... on też sobie zasłużył na jakiś wredny tekst. (Okej, nie zasłużył... Ale jak już wyładowywać frustrację to na całego.) Bo dlaczego był tutaj, dlaczego nie stał obok jej brata, który tam teraz walczył ku celebracji życia... To znaczy, no dobra, nie była aż taka głupia. Murtagh miesiąc temu wypowiedział się bardzo jasno na temat tego, że morduje ludzi z zimną krwią, więc nie miała prawa zakładać, że robi to dla niej albo z jakiejkolwiek czystej intencji, znając wszechświat, chciał po prostu powalczyć z jakimś Macmillanem, bo nienawidził rodziny z całego swojego zepsutego serca, no ale... ale walczył, okej?! Najwyraźniej tak się w tym zgubił, że przypadkiem opowiedział się po dobrej stronie i to było wspaniałe. Leviathan tym aktem czułości nie opowiedział się po dobrej stronie, tylko po jej stronie. I przyszedłeś dopiero teraz?! I wiedziała, że każda kobieta w tym kręgu cieszyłaby się z kogoś takiego obok jak głupia, a do niej dotarło... może wcale nie chciała męża, tylko bohatera? Ale bohaterem w jakimś sensie był, bo stał się jej tarczą w sytuacji, jaką z własnej głupoty uważała za coś bez wyjścia. Jak masz przed sobą jedną osobę i odtrącasz pomoc, to wszyscy zauważają twoją niechęć. Jak masz dwie i wybierasz pomiędzy kimś, kogo nie znasz, a swoim przyszłym mężem - nikt nie zwróci uwagi na podjętą decyzję, przecież była oczywista. No to zbliżyła się do niego, to jemu pozwoliła na dotknięcie się, na wycieranie tych łez palcami, na przywłaszczenie sobie chusteczki, która była dla niej, chociaż mogła zrobić to sama. Nie płacz. Nie płacz?! A co ona, robiła to wszystkim na złość?! No dobrze, trochę. Kapłanki określiły ją mianem histeryczki nie bez powodu. Była w konflikcie z samą sobą - nie wiedziała już sama, czy wolała jakby wszyscy byli tu przy niej, czy gdyby kłócili się tam z Isobell (oczywiście przekazując arcykapłance myśli, których Macmillan nie potrafiła z siebie teraz wydusić).
- Nie wiem. - Nie wiedziała czy jeszcze chciała wstawać. No ale nie mogła też zostać tu na zawsze i obrastać mchem... - Chyba tak. - Nie uspokoiła się niestety. Próbując się podnieść zacisnęła dłoń i zęby. Zapragnęła do tego mężczyzny, który odezwał się jako ostatni krzyknąć, ale zdołała jedynie wysyczeć: A czego winna była owca?!
Starała się nie patrzeć na Maeve. Cokolwiek próbowała osiągnąć tym żałosnym tekstem o sikaniu odbiło się od kapłanki jak od ściany - wyglądała jak obrażona księżniczka. No i w sumie nią była. Uczyniła się gwiazdą tej sceny, chociaż to Agatha postanowiła się bez powodu zabić. Nie, to totalnie nie ona powinna zebrać wokół siebie wianuszek zainteresowanych jej losem, bo tylko i wyłącznie beczała przez wszechogarniające przerażenie. Prawdę mówiąc, to miała ochotę tę Chang szarpać. Nakrzyczeć na nią za idiotyczne żarty, których nie powinno się tutaj mówić, za głupotę, za karygodny dobór słów. Chciała wypluć na nią całą swoją frustrację, bo totalnie na to zasługiwała, ale...! Może to Azjatką powinni pizdnąć o tej kamień... No właśnie - ale! Nie była ślepa. Azjatka przyszła tutaj z Lorraine. Lorraine była rodziną. A bliska rodzina była nietykalna. Kryła brata, który zwierzył jej się z tak obleśnych morderstw i skrzywionego myślenia, że sprawa Maeve wyglądała jak pisklę obrane z piór, idące obok dumnego z siebie pawia - tak skrajne przypadki, nie dało się zrównać ich w żaden sposób poza tą jedną częścią wspólną - od obu czuła, że zaraz zemdleje. Ale musiała przyznać, że gdyby miała wskazać, kto dzisiaj zginie na tym ołtarzu, pierwszą myślą byłaby właśnie Maeve. Mrgunęłaby, gdyby Isobell wbiła w nią rytualny nóż? No i szarpanie, krzyczenie? Chcieć, to wcale nie znaczyło móc. Nie miała w sobie odwagi uszczypnięcia jej. Nie potrafiłaby powiedzieć teraz nic, w czym ludzie dostrzegliby cokolwiek poza świergotem ptaków i rozpaczą delikatnej osoby. Ale ten zły człowiek pragnący spoliczkować pochylającą się nad nią kobietę tam był. Głęboko w środku, a może... po drugiej stronie umysłu. Jak ciemna strona księżyca, tkwił tam i namawiał ją do robienia rzeczy, jakich szybko zaczęłaby żałować.
Próbowała oddychać. Tylko to nie było proste. Bo właśnie widziała śmierć. I właśnie osoba, o której dzisiaj po południu mówiła źle, ostrzegając przed nią Leviathana, miała zginąć w równie tragiczny sposób. No a tak poza tym, to widziała na sabacie przynajmniej dwójkę pracowników Ministerstwa, więc albo Sebastian zostanie nowym arcykapłanem, albo ona powinna szukać sobie nowej pracy. I gdzie ona się niby mogła zatrudnić? Czy „żona” to zatrudnienie? Czy od tego odprowadzało się podatek...?
Oh nie, każda myśl stawała się coraz gorsza.
A Sarah nagle siedziała na ziemi, mając przed sobą dwie osoby, które chciały dotknąć jej twarzy. O tym, że chciała za to nakrzyczeć na Maeve już pisałam, ale Leviathan... on też sobie zasłużył na jakiś wredny tekst. (Okej, nie zasłużył... Ale jak już wyładowywać frustrację to na całego.) Bo dlaczego był tutaj, dlaczego nie stał obok jej brata, który tam teraz walczył ku celebracji życia... To znaczy, no dobra, nie była aż taka głupia. Murtagh miesiąc temu wypowiedział się bardzo jasno na temat tego, że morduje ludzi z zimną krwią, więc nie miała prawa zakładać, że robi to dla niej albo z jakiejkolwiek czystej intencji, znając wszechświat, chciał po prostu powalczyć z jakimś Macmillanem, bo nienawidził rodziny z całego swojego zepsutego serca, no ale... ale walczył, okej?! Najwyraźniej tak się w tym zgubił, że przypadkiem opowiedział się po dobrej stronie i to było wspaniałe. Leviathan tym aktem czułości nie opowiedział się po dobrej stronie, tylko po jej stronie. I przyszedłeś dopiero teraz?! I wiedziała, że każda kobieta w tym kręgu cieszyłaby się z kogoś takiego obok jak głupia, a do niej dotarło... może wcale nie chciała męża, tylko bohatera? Ale bohaterem w jakimś sensie był, bo stał się jej tarczą w sytuacji, jaką z własnej głupoty uważała za coś bez wyjścia. Jak masz przed sobą jedną osobę i odtrącasz pomoc, to wszyscy zauważają twoją niechęć. Jak masz dwie i wybierasz pomiędzy kimś, kogo nie znasz, a swoim przyszłym mężem - nikt nie zwróci uwagi na podjętą decyzję, przecież była oczywista. No to zbliżyła się do niego, to jemu pozwoliła na dotknięcie się, na wycieranie tych łez palcami, na przywłaszczenie sobie chusteczki, która była dla niej, chociaż mogła zrobić to sama. Nie płacz. Nie płacz?! A co ona, robiła to wszystkim na złość?! No dobrze, trochę. Kapłanki określiły ją mianem histeryczki nie bez powodu. Była w konflikcie z samą sobą - nie wiedziała już sama, czy wolała jakby wszyscy byli tu przy niej, czy gdyby kłócili się tam z Isobell (oczywiście przekazując arcykapłance myśli, których Macmillan nie potrafiła z siebie teraz wydusić).
- Nie wiem. - Nie wiedziała czy jeszcze chciała wstawać. No ale nie mogła też zostać tu na zawsze i obrastać mchem... - Chyba tak. - Nie uspokoiła się niestety. Próbując się podnieść zacisnęła dłoń i zęby. Zapragnęła do tego mężczyzny, który odezwał się jako ostatni krzyknąć, ale zdołała jedynie wysyczeć: A czego winna była owca?!
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.