24.11.2022, 12:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.11.2022, 12:24 przez Florence Bulstrode.)
Wiele mówiło o Atreusie to, jak szybko zaczął ignorować dawnych kolegów i jak ich oceniał, chociaż Detektywi zdecydowanie nie zajmowali się samymi mandami za miotły – Florence dość regularnie musiała składać doniesienia, gdy do szpitala trafiał ktoś, kto wyglądał na ofiarę napaści.
Wiele mówiło o samej Florence, a raczej o jej słabości wobec najmłodszego brata, że doskonale wiedząc, dlaczego Atreus „nie zna”, ani myślała uznać tego za coś niewłaściwego. Może dlatego wyrósł na taką osobę, jaką wyrósł. Chyba to uzdrowicielka była dla niego najsurowsza z całej rodziny, a i tak najwyraźniej o wiele za mało… Świadczyło o tym choćby to, że choć stanowczo blokowała jego próby ucieczki, to nie sparaliżowała go po prostu, aby poddał się wszystkim procedurom medycznym. Mimo tego, że byli inni pacjenci potrzebujący pomocy, a usadawianie go z powrotem na tyłku sprawiło, że wszystko zajęło dwa razy więcej czasu niż by mogło.
- Kto mówił o mężu? – zdziwiła się fałszywie, sprawdzając czy zaklęcie zadziałało. Po czym machnęła różdżką, używając czaru przywołującego. Wolałaby powędrować po eliksir osobiście, ale trochę się bała, że Atreus jak uparty chłopiec, co odmrozi sobie uszy na złość mamie, ucieknie stąd wtedy przed wypiciem mikstury. – Tylko przelotne romanse. Nie mam czasu na męża. Muszę przewidzieć w swoich grafiku trochę czasu na zamienianie twojego życia w piekło, pamiętasz?
Żeby jeszcze miała czas na te przelotne romanse. Jej jedyną miłością nie bez powodu pozostawał szpital.
Pokręciła głową na pytanie, czy nic jej nie jest. Rzeczywiście, nie wyglądała na ranną, jeżeli więc nawet oberwała gdzieś po drodze, zapewne pozwoliła się grzecznie wyleczyć. O tym, że była na trasie marszu świadczyło głównie ogólne wygniecenie ubrań – codziennych, nie uzdrowicielskich – stopień rozczochrana, brudna spódnica: uwalana i błotem i krwią.
Nie jej, na szczęście.
- Gdybyś usiadł spokojnie na minutę szybciej niż po pięciu minutach, już by cię tu nie było. Do dna, proszę – poleciła, podając bratu fiolkę z eliksirem. Wcześniej szybko zerknęła na etykietkę i korek, upewniając się, że jest dobrze oznaczony i przechowywany.
Gdy zapytał o lizaka zaś…
Z kamiennym wyrazem twarzy machnęła ręką. Nie, nie wyczarowała lizaka, z jedzeniem zresztą było trudno. Zamiast tego z poważną miną wręczyła mu naklejkę. Przedstawiającą uśmiechniętego pieska, wystawiającego język, z podpisem Dzielny Pacjent.
Chociaż Atreus wcale na nią nie zasłużył.
- Gotowe. Uważaj na trasie Marszu. Nie chcę cię już tu dziś widzieć. I sprawdź sklep z miotłami, zdaje mi się, że ktoś korzystając z zamieszania próbował się tam włamać.
Wiele mówiło o samej Florence, a raczej o jej słabości wobec najmłodszego brata, że doskonale wiedząc, dlaczego Atreus „nie zna”, ani myślała uznać tego za coś niewłaściwego. Może dlatego wyrósł na taką osobę, jaką wyrósł. Chyba to uzdrowicielka była dla niego najsurowsza z całej rodziny, a i tak najwyraźniej o wiele za mało… Świadczyło o tym choćby to, że choć stanowczo blokowała jego próby ucieczki, to nie sparaliżowała go po prostu, aby poddał się wszystkim procedurom medycznym. Mimo tego, że byli inni pacjenci potrzebujący pomocy, a usadawianie go z powrotem na tyłku sprawiło, że wszystko zajęło dwa razy więcej czasu niż by mogło.
- Kto mówił o mężu? – zdziwiła się fałszywie, sprawdzając czy zaklęcie zadziałało. Po czym machnęła różdżką, używając czaru przywołującego. Wolałaby powędrować po eliksir osobiście, ale trochę się bała, że Atreus jak uparty chłopiec, co odmrozi sobie uszy na złość mamie, ucieknie stąd wtedy przed wypiciem mikstury. – Tylko przelotne romanse. Nie mam czasu na męża. Muszę przewidzieć w swoich grafiku trochę czasu na zamienianie twojego życia w piekło, pamiętasz?
Żeby jeszcze miała czas na te przelotne romanse. Jej jedyną miłością nie bez powodu pozostawał szpital.
Pokręciła głową na pytanie, czy nic jej nie jest. Rzeczywiście, nie wyglądała na ranną, jeżeli więc nawet oberwała gdzieś po drodze, zapewne pozwoliła się grzecznie wyleczyć. O tym, że była na trasie marszu świadczyło głównie ogólne wygniecenie ubrań – codziennych, nie uzdrowicielskich – stopień rozczochrana, brudna spódnica: uwalana i błotem i krwią.
Nie jej, na szczęście.
- Gdybyś usiadł spokojnie na minutę szybciej niż po pięciu minutach, już by cię tu nie było. Do dna, proszę – poleciła, podając bratu fiolkę z eliksirem. Wcześniej szybko zerknęła na etykietkę i korek, upewniając się, że jest dobrze oznaczony i przechowywany.
Gdy zapytał o lizaka zaś…
Z kamiennym wyrazem twarzy machnęła ręką. Nie, nie wyczarowała lizaka, z jedzeniem zresztą było trudno. Zamiast tego z poważną miną wręczyła mu naklejkę. Przedstawiającą uśmiechniętego pieska, wystawiającego język, z podpisem Dzielny Pacjent.
Chociaż Atreus wcale na nią nie zasłużył.
- Gotowe. Uważaj na trasie Marszu. Nie chcę cię już tu dziś widzieć. I sprawdź sklep z miotłami, zdaje mi się, że ktoś korzystając z zamieszania próbował się tam włamać.