25.01.2024, 15:39 ✶
A więc Robert 2.0 miał na imię Richard. Rodolphus odnotował to w pamięci - nadal jednak nie wiedział, kim Richard był dla Roberta. To, że był kimś ważnym, to nie ulegało wątpliwości. W głowie miał kilka odpowiedzi na swoje pytanie, ale na razie nie zamierzał się wtrącać. To, kim był Richard, w zasadzie go nie interesowało w aż tak dużym stopniu. Wiedział już, że zachowują się inaczej, wiedział że i przed nim nie musi mieć tajemnic, choć nie zamierzał wtajemniczać go we wszystko, co robił z Robertem. Musiał tylko znaleźć lepszy, prostszy sposób na odróżnienie dwóch niemal takich samych osób.
Chociaż oczywiście irytował go fakt, że Richard był tak dociekliwy. Że mimo rozwiązania, jakie proponował Robert, ten wciąż próbował drążyć, wciąż trzymał go na celowniku i pilnował. Denerwował go nawet nie fakt, że mężczyzna próbował przekonać Roberta do zmiany zdania lub podaniu w wątpliwość jego decyzji, ale że on mógł to robić. Czyżby zazdrość? Rodolphus przeniósł spojrzenie na Richarda, lecz to nie wyraziło niczego szczególnego. Nie było w nim ani ostrzeżenia, ani pogardy, ani ciekawości. Po prostu wyglądało to tak, jakby patrzył na ścianę, ładnie pomalowaną, ale jednak ścianę.
Rodolphus wyciągnął rękę, by jego palce mogły otoczyć palce Roberta. Uścisk miał pewny i mocny, tak jak pewny był swojej decyzji. Robert nie wyraził chęci zmiany zdania, która sprawiłaby, że Rodolphus straciłby zaufanie do Mulcibera. Nie można było powiedzieć, że kamień spadł mu z serca, ale na pewno odczuł w środku ulgę. Gdy świetlista nić otoczyła ich dłonie, Lestrange spojrzał Robertowi w oczy. Dla odmiany w tym spojrzeniu było coś na kształt emocji. Jakaś pewność tego, że chłopak podjął decyzję. Być może nawet odrobina łagodności?
- Przysięgam - brew mu nie drgnęła, gdy przysięgał Mulciberowi wierność. - Robercie, czy przysięgasz że nie wystąpisz przeciwko mnie i będziesz dbał o to, by nic ani nikt nigdy mi nie zaszkodził?
To była parafraza identycznej przysięgi, którą składał Robert. Nic od siebie nie dodał, nie zamierzał szukać luk ani zmieniać słów tak, by wyszło na niego. Być może wpadał w pułapkę, z której nie było ucieczki, ale robił to z pełną świadomością, że oboje czynią słusznie. W imię być może wyższej konieczności i dobra całej magicznej społeczności, a być może we własnym interesie.
Chociaż oczywiście irytował go fakt, że Richard był tak dociekliwy. Że mimo rozwiązania, jakie proponował Robert, ten wciąż próbował drążyć, wciąż trzymał go na celowniku i pilnował. Denerwował go nawet nie fakt, że mężczyzna próbował przekonać Roberta do zmiany zdania lub podaniu w wątpliwość jego decyzji, ale że on mógł to robić. Czyżby zazdrość? Rodolphus przeniósł spojrzenie na Richarda, lecz to nie wyraziło niczego szczególnego. Nie było w nim ani ostrzeżenia, ani pogardy, ani ciekawości. Po prostu wyglądało to tak, jakby patrzył na ścianę, ładnie pomalowaną, ale jednak ścianę.
Rodolphus wyciągnął rękę, by jego palce mogły otoczyć palce Roberta. Uścisk miał pewny i mocny, tak jak pewny był swojej decyzji. Robert nie wyraził chęci zmiany zdania, która sprawiłaby, że Rodolphus straciłby zaufanie do Mulcibera. Nie można było powiedzieć, że kamień spadł mu z serca, ale na pewno odczuł w środku ulgę. Gdy świetlista nić otoczyła ich dłonie, Lestrange spojrzał Robertowi w oczy. Dla odmiany w tym spojrzeniu było coś na kształt emocji. Jakaś pewność tego, że chłopak podjął decyzję. Być może nawet odrobina łagodności?
- Przysięgam - brew mu nie drgnęła, gdy przysięgał Mulciberowi wierność. - Robercie, czy przysięgasz że nie wystąpisz przeciwko mnie i będziesz dbał o to, by nic ani nikt nigdy mi nie zaszkodził?
To była parafraza identycznej przysięgi, którą składał Robert. Nic od siebie nie dodał, nie zamierzał szukać luk ani zmieniać słów tak, by wyszło na niego. Być może wpadał w pułapkę, z której nie było ucieczki, ale robił to z pełną świadomością, że oboje czynią słusznie. W imię być może wyższej konieczności i dobra całej magicznej społeczności, a być może we własnym interesie.