26.01.2024, 23:56 ✶
A ja z to kolei nie za bardzo się ucieszyłem, bo raczej na tych deskach teatralnych nie bywałem, więc wizja bycia w centrum uwagi, tym samym wizja mnie atakującego ciocię Brennę na oczach Alice mnie skrępowała. Zawstydziłem się i zestresowałem, zastanawiając się, czy na pewno dobrze trzymam szpadę, bo w jednym momencie to ja niczego nie byłem już pewien, nawet tych kroków, które wcześniej były dla mnie normą. Jeszcze chwilę temu... Gdzie się podziała ta pewność siebie?
Tak nie mogło być. Dla tej właśnie pewności, poprawiłem szpadę w swojej dłoni i - ostatni ratunek - spojrzałem na ciocię Brennę, jak gdybym liczył, że może jednak zmieni strategię, kierunek lekcji i da się wykazać Alice, bo to ona była bohaterką w tej książce, a nie ja. Aż mi się tak nieprzyjemnie gorąco zrobiło i zapewne znowu wypłynęły na mnie te czerwone plamy, ale...
Nie! Nie mogło tak być. Przypomniały mi się te wszystkie lekcje z ciocią Brenną, ostatni pogrzeb i całe zło tego świata... I właściwie to nie powinienem zakrywać się innymi, bo nie musiałem się pchać na pierwszą linię bitwy by uczestniczyć w walce, mogła ona mnie zastać znienacka, niespodziewanie, więc musiałem być na to przygotowany, no nie? A jak nie będę ćwiczył, to nie dam rady sobie z niczym, szczególnie jeśli będę walczył wśród ludzi - trochę dziwna wizja, ale wszystko było możliwe. Na Beltane było pełno ludzi, cała masa. Poza tym zamierzałem być dla Alice aniołem stróżem, więc nie mogłem tchórzyć tylko dlatego że była w pobliżu, prawda...? Czy może jednak mogłem? Ugh. Nie mogłem! A na pewno nie mogłem być aż tak dużym tchórzem.
Poprawiłem grzywkę. Dam radę. Poza tym to tylko pokaz, a nie prawdziwy sparing. Miałem pokazać Alice podstawowe ruchy ataku, więc postanowiłem to zrobić. Stanąłem w pozycji szermierczej, stałem sobie stabilnie na swoich nogach, gotowy ruszyć do przodu i właściwie nie czekałem na sygnał. Widziałem, że ciocia Brenna czeka już od dobrych paru minut, więc zaatakowałem, szybkim ruchem, moje nogi postąpiły do przodu. Wykonałem natarcie, oczekując reakcji obronnej ze strony cioci. Oczywiście, kiedy tylko wykona, zamierzałem pokazać kolejny atak.
Tak nie mogło być. Dla tej właśnie pewności, poprawiłem szpadę w swojej dłoni i - ostatni ratunek - spojrzałem na ciocię Brennę, jak gdybym liczył, że może jednak zmieni strategię, kierunek lekcji i da się wykazać Alice, bo to ona była bohaterką w tej książce, a nie ja. Aż mi się tak nieprzyjemnie gorąco zrobiło i zapewne znowu wypłynęły na mnie te czerwone plamy, ale...
Nie! Nie mogło tak być. Przypomniały mi się te wszystkie lekcje z ciocią Brenną, ostatni pogrzeb i całe zło tego świata... I właściwie to nie powinienem zakrywać się innymi, bo nie musiałem się pchać na pierwszą linię bitwy by uczestniczyć w walce, mogła ona mnie zastać znienacka, niespodziewanie, więc musiałem być na to przygotowany, no nie? A jak nie będę ćwiczył, to nie dam rady sobie z niczym, szczególnie jeśli będę walczył wśród ludzi - trochę dziwna wizja, ale wszystko było możliwe. Na Beltane było pełno ludzi, cała masa. Poza tym zamierzałem być dla Alice aniołem stróżem, więc nie mogłem tchórzyć tylko dlatego że była w pobliżu, prawda...? Czy może jednak mogłem? Ugh. Nie mogłem! A na pewno nie mogłem być aż tak dużym tchórzem.
Poprawiłem grzywkę. Dam radę. Poza tym to tylko pokaz, a nie prawdziwy sparing. Miałem pokazać Alice podstawowe ruchy ataku, więc postanowiłem to zrobić. Stanąłem w pozycji szermierczej, stałem sobie stabilnie na swoich nogach, gotowy ruszyć do przodu i właściwie nie czekałem na sygnał. Widziałem, że ciocia Brenna czeka już od dobrych paru minut, więc zaatakowałem, szybkim ruchem, moje nogi postąpiły do przodu. Wykonałem natarcie, oczekując reakcji obronnej ze strony cioci. Oczywiście, kiedy tylko wykona, zamierzałem pokazać kolejny atak.