27.01.2024, 00:48 ✶
Miałem niszczycielskie myśli, które zamierzałem przy sobie zatrzymać, skrupulatnie je pielęgnować by przypadkiem nie zwiędły. Zero nadziei i ułud! Tworzyłem tarczę ochronną, by w odpowiednim momencie złe wieści spłynęły po mnie niczym po kaczce gromka ulewa. Żadnych błagań, żadnego poniżania się, czegokolwiek, czego będę musiał potem żałować. Dumny już na zawsze, z poważną miną poważny Rookwood. Nawet dla niej będzie lepiej, jeśli zapamięta mnie jako bezdusznego, narwanego Ślizgona... Zresztą, w jej oczach nie miałem uczuć. Byłem kłamcą i manipulantem, zdrajcą. Jak mogłaby kochać kogoś takiego jak ja? Albo przynajmniej z kimś takim się przyjaźnić...?
Kiedy tylko jej pionek wylądował na E4, a jej ręka zniknęła znad planszy, wyciągnąłem własną dłoń by poruszyć swoim pionkiem. Mugolskie szachy. Tak, zdawałem sobie z tego sprawę. Przesunąłem go na pole E5. Były siebie tak blisko, a zarazem tak daleko. Nie istniał żaden ruch, w którym mogłyby się znaleźć na jednym polu, a nawet gdyby jakiś cud się zadział, to jedno strąciłoby drugie w otchłań nieistnienia. Czy tak właśnie miało być z nami? Będziemy funkcjonować niezależnie, ale w pobliżu, czy jedno z nas pogrąży to drugie...? Nie, nie powinienem tego roztrząsać.
- Nie jestem w stanie się rozluźnić, wiedząc, co mi powiesz... Avelino - odparłem, już czując się niczym przegrany, mimo że dopiero rozpoczynaliśmy partię szachów. Przez chwilę zastanawiałem się, czy odpowiedzieć jej po nazwisku, ale ostatecznie wypowiedziałem jej imię. Może zbyt miękko, zbyt czule jak na standardy zaistniałej sytuacji.
Zabrałem dłoń by mogła zrobić swój ruch. Niech gra, niech gra. Pospieszyłem ją nawet gestem, po czym wyprostowałem się dumnie.
- U mnie... nic właściwie. Pracuję w kostnicy... Nie jestem pewien, czy ci o tym opowiadałem. Kroję zwłoki, identyfikuję, szukam ślady zaklęć - odparłem niby od niechcenia, choć chciałem jej opowiadać o sobie więcej i więcej. Może nie z tak makabrycznego punktu widzenia, ale aktualnie pragnąłem również zrazić ją do siebie, uświadomić jej, co robiły ręce, które ją obejmowały, żeby też ją w tym utwierdzić, że nigdy więcej nie powinny tego robić. Przemilczałem, że właściwie to byłem antropologiem, więc moja praca wykraczała daleko poza cięcie zwłok. Dużo by opowiadać i właściwie to w tej chwili nie było zbyt istotne.
- A u ciebie... co słychać? - zapytałem, choć zapewne za wiele się nie zmieniło. Wciąż siedziała w pracy i robiła eliksiry, bo co też by mogła robić innego...? Ech, tak bardzo chciałem ją kochać. Nie potrafiłem jej nienawidzić, a jednak...
Wbiłem wzrok w szachownicę by nie widziała mojego zakłopotania. Nie powinienem sobie pozwalać na wytrącenia z równowagi w tym miejscu, szczególnie w tej sytuacji.
Kiedy tylko jej pionek wylądował na E4, a jej ręka zniknęła znad planszy, wyciągnąłem własną dłoń by poruszyć swoim pionkiem. Mugolskie szachy. Tak, zdawałem sobie z tego sprawę. Przesunąłem go na pole E5. Były siebie tak blisko, a zarazem tak daleko. Nie istniał żaden ruch, w którym mogłyby się znaleźć na jednym polu, a nawet gdyby jakiś cud się zadział, to jedno strąciłoby drugie w otchłań nieistnienia. Czy tak właśnie miało być z nami? Będziemy funkcjonować niezależnie, ale w pobliżu, czy jedno z nas pogrąży to drugie...? Nie, nie powinienem tego roztrząsać.
- Nie jestem w stanie się rozluźnić, wiedząc, co mi powiesz... Avelino - odparłem, już czując się niczym przegrany, mimo że dopiero rozpoczynaliśmy partię szachów. Przez chwilę zastanawiałem się, czy odpowiedzieć jej po nazwisku, ale ostatecznie wypowiedziałem jej imię. Może zbyt miękko, zbyt czule jak na standardy zaistniałej sytuacji.
Zabrałem dłoń by mogła zrobić swój ruch. Niech gra, niech gra. Pospieszyłem ją nawet gestem, po czym wyprostowałem się dumnie.
- U mnie... nic właściwie. Pracuję w kostnicy... Nie jestem pewien, czy ci o tym opowiadałem. Kroję zwłoki, identyfikuję, szukam ślady zaklęć - odparłem niby od niechcenia, choć chciałem jej opowiadać o sobie więcej i więcej. Może nie z tak makabrycznego punktu widzenia, ale aktualnie pragnąłem również zrazić ją do siebie, uświadomić jej, co robiły ręce, które ją obejmowały, żeby też ją w tym utwierdzić, że nigdy więcej nie powinny tego robić. Przemilczałem, że właściwie to byłem antropologiem, więc moja praca wykraczała daleko poza cięcie zwłok. Dużo by opowiadać i właściwie to w tej chwili nie było zbyt istotne.
- A u ciebie... co słychać? - zapytałem, choć zapewne za wiele się nie zmieniło. Wciąż siedziała w pracy i robiła eliksiry, bo co też by mogła robić innego...? Ech, tak bardzo chciałem ją kochać. Nie potrafiłem jej nienawidzić, a jednak...
Wbiłem wzrok w szachownicę by nie widziała mojego zakłopotania. Nie powinienem sobie pozwalać na wytrącenia z równowagi w tym miejscu, szczególnie w tej sytuacji.