28.01.2024, 16:56 ✶
Z reguły byłem rannym ptaszkiem i nie miałem problemów ze wstawaniem, ale ostatnie dni tak mi dawały w kość, czy to przez problemy związane z Flynnem, z przeprowadzką cyrku czy też wewnętrznymi kłótniami pomiędzy członkami naszej trupy, że najchętniej nie wstałabym z łóżka przed południem. Niestety - albo stety - byliśmy umówieni dziś na kontrolę. Wszystko - na pozór - było dopięte na ostatni guzik, który jednak okazał się być kiepsko przyszyty, bo..., cóż, to może za chwilę. Jak na razie pławiłem się w cudownej nieświadomości, że wśród moich dokumentów były jakieś zawieruszone zapiski Flynna, że gołębie znowu przeziębione, a tam dalej ktoś coś znowu nie tak.
Przemyłem twarz w lodowatej wodzie, ogarnąłem się co nieco prezencyjnie, żeby jakoś wyglądać przed Brenną Longbottom, kolejną BUMowczynią, kolejny dzień z rzędu. Stwierdzałem, że jak tak dalej pójdzie, to moja kartoteka będzie wielobarwna w tym Ministerstwie Magii. Wszystkie katastrofy razem wzięte zaplamią ją paragrafami w stosunku do mojej osoby.
Albo - wręcz przeciwnie - może nie miało być tak źle. Nie pierwszy i nie ostatni raz mieliśmy gościć w Londynie, podobnie na Charing Cross Road, więc co mogło pójść nie tak? Dla pewności robiłem obchód po całym cyrku, żeby przypadkiem nic mnie nie zaskoczyło... i wtedy odkryłem te gołębie. Pal licho. Przymknąłem na to oko, bo nic nie mogliśmy na szybko z nimi zrobić, a wśród tych wszystkich spisów, wcale mogły nie rzucić się w oczy albo... się odkichać? Było to wielce prawdopodobne.
- Fiery, co z tymi lwami...? - zapytałem ją, czy na pewno miała wszystko pod kontrolą. Zaraz miała tu być pani Longbottom, więc nieco brał mnie stres, a prawie wszyscy sobie smacznie spali, zamiast zapierdalać jak chomik na kołowrotku. Podrapałem się po głowie, zastanawiając się, czy aby na pewno wszystko ogarnięte. Zerknąłem na The Beast, przecierając twarz i zaraz odwróciłem się gwałtownie, kiedy usłyszałem głos za sobą. Niby znajomy, a jednak... nie do końca, patrząc tak na Bren z Ministerstwa Magii okazała się być Brenną Longbottom z szeregów BUM. Może wcale nie miało być tak źle...? Uśmiechnąłem się na przywitanie, skinąłem lekko głową.
- Witaj, Bren. Nie wiedziałem, że pracujesz w BUM... - odparłem zaskoczony, po czym trąciłem delikatnie łokciem Fiery, by się grzecznie przywitała.
Przemyłem twarz w lodowatej wodzie, ogarnąłem się co nieco prezencyjnie, żeby jakoś wyglądać przed Brenną Longbottom, kolejną BUMowczynią, kolejny dzień z rzędu. Stwierdzałem, że jak tak dalej pójdzie, to moja kartoteka będzie wielobarwna w tym Ministerstwie Magii. Wszystkie katastrofy razem wzięte zaplamią ją paragrafami w stosunku do mojej osoby.
Albo - wręcz przeciwnie - może nie miało być tak źle. Nie pierwszy i nie ostatni raz mieliśmy gościć w Londynie, podobnie na Charing Cross Road, więc co mogło pójść nie tak? Dla pewności robiłem obchód po całym cyrku, żeby przypadkiem nic mnie nie zaskoczyło... i wtedy odkryłem te gołębie. Pal licho. Przymknąłem na to oko, bo nic nie mogliśmy na szybko z nimi zrobić, a wśród tych wszystkich spisów, wcale mogły nie rzucić się w oczy albo... się odkichać? Było to wielce prawdopodobne.
- Fiery, co z tymi lwami...? - zapytałem ją, czy na pewno miała wszystko pod kontrolą. Zaraz miała tu być pani Longbottom, więc nieco brał mnie stres, a prawie wszyscy sobie smacznie spali, zamiast zapierdalać jak chomik na kołowrotku. Podrapałem się po głowie, zastanawiając się, czy aby na pewno wszystko ogarnięte. Zerknąłem na The Beast, przecierając twarz i zaraz odwróciłem się gwałtownie, kiedy usłyszałem głos za sobą. Niby znajomy, a jednak... nie do końca, patrząc tak na Bren z Ministerstwa Magii okazała się być Brenną Longbottom z szeregów BUM. Może wcale nie miało być tak źle...? Uśmiechnąłem się na przywitanie, skinąłem lekko głową.
- Witaj, Bren. Nie wiedziałem, że pracujesz w BUM... - odparłem zaskoczony, po czym trąciłem delikatnie łokciem Fiery, by się grzecznie przywitała.