To było zadziwiające, prawda? Wielki Hogwart założyły dwie kobiety, wespół dwóch mężczyzn, a niektóre rody czystej krwi do teraz, setki lat później, mówiły o obyczaju. Dlatego właśnie Ginevra porównała to do mugoli, bo o ile się orientowała, nie magowie od nie tak dawna przyjęli do „wiadomości” równe prawa kobiet, zaś czarodzieje praktykowali to od setek lat.
– A mężczyzna nie może zmienić swojego nazwiska? – zapatrzyła się na Laurenta z delikatnym uśmieszkiem. – Wiesz, że wielka biblioteka Maeve, którą opiekuje się rodzina Parkinson, nazwana została od imienia legendarnej średniowiecznej czarownicy, która szkoliła czarodziejów, zanim na tych terenach założono Hogwart? Była królową i wojowniczką, a skoro w świecie czarodziejów nie ma prawdziwych królów, być może wyszła za jakiegoś mugolskiego księcia. Podobno miała włosy rude niczym płomienie. Nie wiem, czy miała coś wspólnego z tym czystokrwistym rodem, ale może? Może była jego założycielką? – zasugerowała i uśmiechnęła się tajemniczo. Te legendy zawsze rozbudzały jej gorącą krew, nic dziwnego, że była w stanie mu teraz o tym opowiedzieć. O zamierzchłych czasach, o których czarodzieje tak lubili zapominać. – Albo nie szukając tak daleko… W którymś z francuskich rodów był rozłam, rodzeństwo się ze sobą nie dogadywało i siostra wyjechała do Anglii i założyła tutaj swój ród czystej krwi. Więc wychodziłoby, że to kobieta była głową rodu, i to facet musiał przejąć jej nazwisko później… Nie chcę ci teraz przekręcić nazwisko, ale to ci… Dziwni – le Strange, czy jak im tam. Równie mocno francuskie co równie głupie. Tak czy siak, Prewettowie nie byliby pierwsi, ani bardzo nowatorscy na tym polu. A mówiła mu to dlatego, że najwyraźniej nie było się czego wstydzić. To znaczy Ginny uważała, że nie było czego i tak, ale być może dziwactwa rodów czystej krwi były różnorakie? I jedni robili to tak, a drudzy siak?
– Musiałbyś się bardzo postarać, żeby mnie jakoś urazić, Laurencie. I musiałbyś to robić celowo. Dlatego nie martw się nadmiernie, nic się nie dzieje. W mojej lekarskiej praktyce nie zauważyłam absolutnie żadnej różnicy pomiędzy czarodziejami czystej krwi, półkrwi, a mugolakami – z mugolami było inaczej, byli bardziej delikatni, bardziej chorowici; czarodzieje nie chorowali na szereg chorób toczących żyły i ciała niemagów. – Ach, bzdura. Błędów cofnąć nie można, ale da się je przekuć w coś dobrego i innego. Z kleksa można zrobić piękny kwiat, tatuaż, symbol, ćmę, cokolwiek, co akurat będzie pasowało do reszty obrazu. Albo użyć magii i się go pozbyć – i oczywiście, że żartowała. Albo raczej mówiła pół żartem, pół serio na temat tego, że bardziej magicznego rodu nie znajdzie. I najwyraźniej jej się udało, bo blondyn się zaśmiał. – Pamiętasz, co mówiłam o Horusie i starożytnych Egipcjanach? – zapytała zaczepnie, po czym uśmiechnęła się odrobinę buńczucznie. Nie powiedziała już ani słowa, ale z tym uśmieszkiem na twarzy, Laurent mógł obserwować jak w nieco zwolnionym tempie, długie, brązowe włosy Ginevry, zaczynają przylegać do jej skóry, kurczą się, zmieniają, swoją formą przyjmując kompletnie inny kształt i nieco inny kolor; jak zamieniały się w pióra, pokrywając jej dekolt, pod różową koszulą, szyję, twarz… Jak jej jasnobrązowe oczy zmieniły kolor na całkowicie czarny, nos wydłużył się, zamieniając w dziób. I nadal siedziała rozwalona na krześle, stukając palcami dłoni o drewniany stół – przemianie uległa jedynie jej głowa.
Dokładnie tak musiał wyglądać wielki, starożytny bóg nieba, Horus. Tylko że ta wersja miała cycki i różową koszulę w kwiaty.
Rozwarła dziób i Laurent mógł dosłyszeć dwa ciche skrzeknięcia, jakby kobieta próbowała się zaśmiać. Bo próbowała, tylko że najwyraźniej sokoły nie były przystosowane nijak do mówienia. Chwilę później powróciła do swojej całkowicie ludzkiej postaci. Czasami słowa nie opisywały tego, co można było przekazać na inny sposób. Uśmiechnęła się nieco zaczepnie.
– Jesteśmy rodziną animagów, a transmutację doprowadziliśmy do bycia sztuką, a nie tylko narzędziem – czy było coś bardziej widowiskowego? Coś, co mugole bezwzględnie kojarzyliby z magią?
– Dziękuję – chociaż z aklimatyzacją problemu żadnego raczej nie miała, radziła sobie najlepiej, jak potrafiła. Może ze stworzeniami pewnie przyjęłaby pomoc, bo ciągle się uczyła i na pewno popełniała jakieś błędy. Ale wierzyła, że Laurent ma mnóstwo rzeczy do roboty i raczej bez powodu nie chciałaby mu zawracać gitary. – Na Merlina i Morganę, to bardzo dobrze, że nic się nie stało – a przecież mogło. W swoim odczekaniu, by napisać do niego list, przewidując, że ma teraz pewnie urwanie głowy, nie wiedziała nawet, jak bardzo trafiła, jak bardzo bliska była prawdy – chociaż nie sądziła, że może być aż tak źle. Wprawiło ją to w lekką konsternację, bo to wyglądało tak, jakby jednak miała moment wieszczenia, którego nie pamiętała, ale jakaś sugestia została w jej głowie. Ale przecież nie wieszczyła… prawda?
Właściwie to Laurent niewiele się pomylił, bo to był cały rytuał, bez którego nie było sensu zaglądać w filiżankę; magia zaczynała działać dopiero po odpowiednich ruchach, wprawiających ją do działania. To była zabawa…i jednocześnie wcale nie. McGonagall przyglądała się z uwagą wszystkiemu, co robił Laurent. Wróżenie z fusów nie było trudne, nie trzeba było się dostrajać do kuli, ani znać rozkłady tarota. Nic dziwnego, że na lekcjach wróżbiarstwa zaczynano właśnie od picia herbaty (ale kawa działała tak samo dobrze).
– Jeszcze chwilkę – odpowiedziała, w spokoju patrząc na odwróconą do góry dnem filiżankę spokojnie stojącą na talerzyku. – Już – jak na pierwszy raz (chyba pierwszy? Chodził w szkole na wróżbiarstwo? Może się nie zdecydował), to poszło mu całkiem nieźle. Jeśli zaś chodziło o kształt, jaki zobaczy w filiżance, albo kilka kształtów, bo nie będzie pewien, na co patrzy (albo na nic) – tutaj niewiele mogła pomóc. Musiał sam nazwać to, co zobaczy – o ile zobaczy cokolwiek. Albo chociaż spróbować, mogła później zerknąć i powiedzieć mu, czy jakkolwiek trafił. To był chyba najtrudniejszy moment w całej „zabawie”.