Parsknął śmiechem przeszytym do cna smutkiem, na przypomnienie ich pierwszego spotkania, z którego nie wiadomo czy Neil wyszedłby żywym, gdyby Morpheus nie był chociaż trochę odważny, tak jakby jego życie polegało na udowodnieniu Godrykowi, że mógłby być w Gryffindorze, jak całe jego rodzeństwo, ale Krukoństwo stanowiło jego wybór w opozycji do dziedzicznego przynależenia do odważnych lwów. Mógłby być okrutny, świat dał mu wszelkie narzędzia do tego, aby żyć niczym wywyższony bóg z alabastru, spoglądający z pogardą na ofiarowaną krew, łzy i modły, zimny i niedostępny, niczym Apollo, karzący śmiertelnika za piękniejszą pieśń, niż jego własna, oskórowaniem żywcem. Nadal patrząc na swoją różdżkę, na swoje pochodzenie i swoją przyszłość widział wszystko, momenty gdy mógł wkroczyć w mrok. Nadal je widział.
Położył swoją lodowatą dłoń na ręce czarodzieja, nie odsuwając jej, nie rezygnując z tej odrobiny fizyczności, ulgi kontaktu z drugą osobą w tak bezpośredni sposób. Właśnie dlatego nie był zły, dlatego nie przekroczył granicy, dlaczego nigdy by nie został Śmierciożercą. W każdym widział człowieka, widział ten blask życia i przyszłości. Efekt motyla samego faktu istnienia. Teraz zapach mięty przeplatał się z wonią skóry i ciała, herbaty, mleka i wina, z zapachami lata, które wpływały przez poruszaną wiatrem firankę w otwartym oknie.
Nie uwierzył mu. I nie zapłakał rzeczywiście, chowając ekspresję emocji znów w głąb siebie, rozjaśniając spojrzenie do ciepła, które zwykle z nich promieniało, nawet jeśli jego oczy naznaczały ciężkie cienie. Jak ktoś, kto został pocałowany przez słońce, mógłby być zły? Rzecz w tym, że mógł, bardzo. Każdego dnia jednak wybierał, aby nie być.
Przyłożył swoje czoło do czoła młodszego mężczyzny, nawet jeśli nie powinien. Zawsze zakładał, że ta otwartość fizyczna wywodziła się z tego, że był Francuzem; nie miało to znaczenia dla Morpheusa, nie w tej chwili.
— Przepraszam, Neil. Trzymam ból tak blisko siebie, że mam wrażenie, że to wszystko, z czego jestem zrobiony. Zapytaj mnie o morze.