Avelina nie była w stanie go udusić, za bardzo był dla niej ważny. Wiedziała, że ona dla niego też, w końcu wyznał jej, że myśl o niej sprawiała, że przetrwał te wszystkie lata, a jednak pokochał swoją żonę, nie zabiegał o względy jakiejś Paxton, starał się o dzieci. Bolało ją to tak cholernie, że nie potrafiła tego znieść. Paliło ją w gardle uczucie tej bezsilności, bo miała świadomość, że dla Rookwooda romans nie jest wielkim wydarzeniem. Przynajmniej tak jej to pokazywał, że porzucenie rodziny to pikuś byleby z nią być. Myśl o tym, że byłby zdolny do czegoś takiego powodowała, że nie była w stanie mu zaufać, nie była w stanie mu pozwolić wejść w pełni do jej życia, bo co jeśli byle osoba, byle jaka kobieta pojawi się w jego życiu, gdy już będzie nią znudzony spowoduje, że ją też tak porzuci? Osoba, która raz zdradzi zawsze będzie to robić, nie ufałaby mu w tak dużym stopniu jak powinna. Gdyby Augustus nie miał zony, nie miał dzieci uległaby mu znacznie szybciej. Nie walczyłaby przez te dwa bite miesiące, aby się od niego uwolnić w zakresie romantycznym. Tak, potrzebowała jego przyjaźni – przynajmniej tak myślała – był inna osobą niż wszyscy ludzie wokół niej, ale nie spodziewała się z jego strony tak głębokich uczuć.
– Myślę, że mówił szczerze – odparła. Patrzyła ciągle w ziemię – Czekał po prostu, aż się zgodzę. Chociaż może jestem zbyt naiwna, ale czułam, że mówił szczerze. Gdyby chciał tylko mnie przelecieć zrobiłby to już dawno, miał ku temu szansę, gdyby chodziło o nudę nie chodziłby za mną i nie czekał. Myślę, że się zgubił. Od zawsze był zgubiony w tym, co chciał robić. Ja zawsze wiedziałam, że będę pracować przy eliksirach, od zawsze wiedziałam, że zostanę animagiem, od zawsze wiedziałam, że nie będę pchać się w związki, bo nie byłam w stanie pokochać innego mężczyzny. On od zawsze chciał spełniać oczekiwania innych i to go gubiło – może i była naiwna, może i myślała o nim w sposób tak wygórowany, tak słodko beznadziejny. Kochał swoją żonę, w podświadomości czuła, że by żałował porzucenia jej, ale wiedziała też, że byłby szczęśliwy. Tylko ona sama nie byłaby szczęśliwa, ona sama zabijałaby siebie dzień w dzień myślami o jego rodzinie, o tych osobach, które tu porzucił.
Gdy Brenna mówiła wszystko to, o czym sama myślała od dawna czuła jak wszystko w niej krzyczy. Jak płonie i cholernie boli. Nie była w stanie nawet już płakać, bo wypłakała się wcześniej. Spojrzała na nią, gdy ta się zatrzymała i do niej odwróciła. Zagryzła znowu wargę z nerwów i zacisnęła mocno dłoń na swoim przedramieniu. Tak mocno, że knykcie jej zbielały. Czuła jak wszystko w niej drży ze strachu i nerwów.
– Wiem, ja wiem, że nie powinnam, wiem, że gdyby naprawdę mu na mnie zależało nie proponowałby tych wszystkich rzeczy, nie byłby aż tak podły, ale boje się, że nie mam wystarczająco siły, aby się go pozbyć z mojego życia – ostatnie zdanie wypowiedziała drżącym szeptem, bo emocje w niej się gotowały. Była zmęczona, była zmaltretowana psychicznie tym wszystkim.