Kiedy jeszcze Ambrosia studiowała pod okiem Morpheusa, stanowiąc asystę do jego badań i tworząc sama prace, gdzie on wspierał ją latami doświadczenia, Morpheus często mówił o bogach. Gdzieś w tym miejscu zatracał granicę między sakralnym i naukowym; nie dało się określić w żaden jednoznaczny sposób czy był osobą wierzącą, czy praktykował jakieś modlitwy szczerze, wyznając obecność archetypów, a jeśli tak, to jakich czy jedynie właśnie traktował swoje słowa w taki sposób, jako instrukcje dla energii. Podczas takich rozmów, gdy już pora była wystarczająco późna, aby umysł pracował na nieco innych częstotliwościach, była jedna rzecz, którą zawsze powtarzał dziewczynie: kiedy bóstwo składa ofertę, nigdy się jej nie odrzuca. Bo tak na prawdę nie ma tak miejsca na odmowę, bóstwa jej nie przyjmują. I że dużo lepiej jest oddać się krótkotrwałej namiętności bogów, niż krwawić za świat, który nigdy ich nie kochał.
W końcu jasnowidzow miłowano jedynie, gdy przynosili dobre nowiny.
— Nie spotkałaś tamtego słońca. Byłem tam tylko zimą i wiosną, a czułem jak mnie przenika na wskroś. To zupełnie inne słońce niż tutaj. Dużo mniej łaskawe. Zawsze kojarzyło mi się z łagodnością letnich sadów i dojrzewających porzeczek, ale czerwień dookoła jego ust to krew, nie maliny. Robi dokładnie to co mówisz i przenika materię na wskroś. Angielskie słońce takie nie jest. Tutaj Apollo dużo częściej jest słyszany w recytacji Hamleta.
Ponownie opróżnił bardzo niekulturalnie kieliszek, w dekadencji pragnienia odurzenia. Dzisiaj patronował mu Bachus, pół-bóg, trickster. Ten, który tańczył z oszalałym w ekstazie tłumem, gdzie były jedynie łanie oraz jelenie, nie ludzie, którzy pieprzyli się i mordowali w imię swojego boga. Czasami jednocześnie.
— Szczęśliwa! — żachnął się z ironią Morpheus. — Ja często zazdroszczę tym, którzy daru nie mają, bo posiadają osobowość. Są kimś innym, niż ich praca. Mnie to definiuję, jestem bardziej płaski niż postacie z pulpfikcji. Nie mam ani degenerackiegostylu bycia Mulcibera ani gwiazdorskiego Dolohova. — Ostatnie nazwisko zabrzmiało na języku Morpheusa jak przekleństwo.
Potaknął, bo miała rację. Wielkie sprawy rzadko przychodziły wprost, jeśli w ogóle. Morpheus nie miał wizji, bo ta śmierć miała się zdarzyć, nie istniały warianty czasowe, w tym miejscu spotykały się nici przyszłości. Pętelką spajająca wzór w tkaninie rzeczywistości, oto czym były takie zdarzenia. Bez wariantów. Jedna, wspólna przyszłość dla odmiennych decyzji osób dookola. Gorzka prawda, łyżka dziegciu. Wszystkie drogiprowadzą do Rzymu.
— Najważniejsze przepowiednie chcą być słyszane, ale jedynie przez otoczenie. Wieszcz nie pamięta tego, co mówili jego gardłem bogowie.
Wywrócił oczami do sufitu na jej złośliwości, ale bez niechęci. Kochał świat, jakkolwiek nie byłby pokręcony i otaczających go ludzi, nawet jeśli ich moralność była wątpliwa. Koniec końców też, na swój sposób kochał Ambrosię, znalazła swoją własną, specyficzną drogę do jego serca, umieściła się na własnej grządce i już tam została, nawet jeśli ich relacja wygasała w tej formie, w jakiej została zapoczątkowana i nauki Longbottoma nie miały już na nią wpływu, a filozoficzne monologi mogła nazwać czczą gadaniną.
Dotknął policzka Rosie lodowatą dłonią, gdy położyła mu pocieszająco rękę na ramieniu.
— Zasługujesz, żeby tam pojechać, Ambrosio. Popłynąć promem po tym samym morzu, co Odyseusz, zbierać pomarańcze i oliwki z gajów, zakochać się w ludziach, dać całować Heliosowi. Grecja jest pokryta dla mnie woalem żałoby, ale nadal zapiera dech w piersiach.
Szumiało mu już trochę w głowie i ciężar wkroczył w ciało. Podróż i ogólne samopoczucie sprawiały, że upijał się szybciej.