Wedle wielu filozofii, aby uzdrowić się z cierpienia, należało skazać się na jeszcze wyższe cierpienie. Skolidować nieświadomość ze świadomością, zamiast zanurzać się w otumanieniu opium i medykamentów. Polać rany duszy octem i solą. Morpheus stanowił jednego z wyznawców tej teorii, teorii wyniesionego żalu i świętego terroru. U swojego magipsychiatry zawsze siadał na niewygodnym krześle, trzymając się świadomie tego, co niekomfortowe, aby nie zbaczać ze ścieżki. Ból wypełniał go satysfakcją. Czerpał dziwną przyjemność ze swojej własnej rozpaczy, kolejna rzecz, którą wypierał poza bardzo konkretnymi momentami, sytuacjami określonych scenariuszy.
— Czasami trzeba spojrzeć Sfinksowi w twarz i dać się jej rozszarpać, Neil. Zostanę, i tak tej nocy nie zasnę. Tylko wstań z tych kolan... — zakończył, a humor, cierpki, ale obecny, pojawił się w głosie. — Bo reumatyzmu się nabawisz, od podłogi ciągnie. Wiem co mówię.
Sam również pogładził plecy Efnera, kreśląc na jego plecach znaki protekcji, jakby chciał utworzyć tarczę na jego plecach, ochronić chłopca ze złotym sercem przed cierpieniem świata. Dopiero w połowie wdechu, zorientował się, że inhaluje się czystą skórą mężczyzny, jakby próbował wybadać w woni jego stan psychiczny, niczym zwierzęta. Zapachy grały bardzo ważną rolę w życiu Morpheusa. Zwykle pachniał jak kadzidło i ambra, z wody po goleniu, ale czasami nosił też inne zapachy, które pozwalały mu ukryć się w pewien sposób, zmienić się w kogoś innego. Zresztą, kadzidło również stanowiło nieformalne, eteryczne skojarzenie z jego jasnowidzeniem i dlatego rzadko z niego rezygnował. Przede wszystkim był profetą.
— Powiedz mi jeszcze co u ciebie. Jak ojciec? Jaki był najgorszy klient. Dogadujesz się z Wendy?
Mówił w skórę Neila, drażniąc ją swoim oddechem pełnym papierosów i niespełnionych marzeń, boleśnie świadomy, że narusza granicę, którą sam ustanowił chwilę wcześniej, zaplatając na palec pukiel włosów z karku młodszego czarodzieja. Chwila była zbyt intymna, aby opacznie ją zrozumieć, nawet jeśli nie powinien dawać mu fałszywych nadziei. Może gdyby był tylko Morpheusem, gdyby nie był Longbottomem, Niewymownym, wszystko wyglądałoby inaczej. Był jednak sobą, paskudnym, przepełnionym egoizmem człowiekiem.