Oczywiście, że zapominali. Bo ludzie mieli tendencje traktować historię, jako bajkę, zaś ta – uwielbiała się powtarzać. Zamiast wyciągać wnioski, pozwalali, by działo się na nowo to samo, w kółko i w kółko, bo przecież ten problem na pewno ich nie dotknie. Była to niestety bzdura.
– I dobrze wiesz, że może. Ograniczać nas będzie tylko to, w jakiej magii jesteśmy dobrzy. I nie będzie to kwestia płci. Chyba, że mówisz o niemagach, ale tu różnica jest diametralna – u mugoli oczywiste, że to facet będzie robić w kopalni, bo miał więcej siły fizycznej. Ale czarodzieje? Nie wyobrażała sobie, by mieli wykorzystywać siłę swoich mięśni, a nie zaklęcia. Ba, była wręcz pewna, że tak w ogóle jeśli ktokolwiek ma robić w kopalni, to będą to gobliny. A czarodzieje – tylko z magią. – A więc dyskutować można jedynie o rzeczach, z którymi się zgadzamy? Świat ulega różnym zmianom, a siedzenie cicho im niestety nie sprzyja. Nie ma nic złego w kulturalnej rozmowie, przecież nie zrobię ci krzywdy dlatego, że masz na coś inne zdanie i spojrzenie niż ja – miała świadomość, że wychowali się w kompletnie innych warunkach i to nawet nie ze względu na „czystość” krwi – po prostu inny kraj, inny kontynent, inna kultura, inna mentalność. Te różnice musiały istnieć, nawet jeśli Ginewra od dziecka była zaznajamiana z kulturą Wielkiej Brytanii. Odebrali też kompletnie inne wykształcenie i drogę zawodową, obracali się wokół innych osób, to też dawało zupełnie inne spojrzenie na świat. – Wręcz bardzo chętnie poznam twoje spojrzenie. Może sama się czegoś nauczę – ale miała przeczucie, że tych kobiet jako głowy rodziny było więcej, niż mogło im się tak naprawdę wydawać. Ginewrze było wszystko jedno, bo rozumiała, że chodziło o korzyści dla rodu, że nazwisko wiele znaczyło. Dlatego była całkowicie pewna, że jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, to mała szansa, by miała swoje nazwisko zachować i nie przeszkadzało jej to zupełnie. Ale jej spuścizna była czymś zupełnie innym, a rodzina nie była wcale taka wielka. – Nie zrozumiałeś. To była taka moja gra słów, głupi żarcik. Nie chodziło mi o zdziwaczenie, nie chciałam nikogo obrazić. Po prostu nie jestem pewna, jak się wymawia to nazwisko. Czy bardziej po francusku, którego nie znam? Po angielsku? Jeszcze inaczej? Mówiłam o rodzie… hmm… Le Strange? – powiedziała to prawie francusko i skrzywiła się. – Lestrąż? Le-starn-ge? Lestrandż? – westchnęła i uśmiechnęła się przepraszająco do Laurenta. – Byłam na kursie z historii magii Wielkiej Brytanii, uczyłam się tam o rodach czystej krwi. I to akurat zapamiętałam, że założycielką była kobieta i że pochodzą z Francji. Zdaje się, że od rodu tego totalnie słynnego alchemika, Nicholasa Flamela – może nie każdy znał to nazwisko, ale osoby interesujące się alchemią, eliksirami i historią – zapewne tak. – Ach, hodowanie jak klacze i ogiery. Niedawno komuś robiłam na ten temat malutki wykład. Chcesz posłuchać? Taki z mocno medyczno-historycznego punktu widzenia. W Egipcie już dostali nauczkę tysiące lat temu, za to mieszanie krwi w bliskich pokrewieństwach, i wygląda na to, że Anglia się musi obudzić i to szybko. Bo tak czy siak, nic z tej wielkiej czystości krwi nie będzie, prędzej czy później to będzie wielka katastrofa – i to w dwie strony. Dlatego uważała, że ludzie zapominali o historii. A anglielskie rody czystej krwi… Dawała im jeszcze maksymalnie kilka pokoleń i przewidywała klęskę, choroby i wymarcie, chyba, że zaczną „mieszać” swoją krew.
– Pewnie masz rację – zmrużyła oczy w uśmiechu, bo rzeczywiście, było w tym coś niepokojącego. I jednocześnie… Dawało do myślenia, nic dziwnego, że w starożytności, gdy mugole widzieli takich ludzi, przemieniających się w zwierzęta, to zaczęli nazywać ich i traktować jak bogów. Animagia obecnie w pewien sposób była powszechna, ale takie częściowe zmienianie części ciała? Raczej nie za bardzo. Dlatego zwykle ostrzegała ludzi co się dzieje, gdy przemieniała coś więcej, niż tylko swoje oczy. A z kocimi ślepiami można ją było zobaczyć nader często podczas pracy. – Prawda? Czasami żal mi mugolaków, że nie mają w swojej krwi takich osobliwych zdolności. Chociaż z drugiej strony może nie są ich świadomi, bo niby skąd? – i czy u takiej Ginewry, będącej „pół”-krwi, oznaczały te zdolności, że była mniej „magiczna” od członków rodów czystej krwi? Chyba nie.
Ginny nie widziała w tym absolutnie nic głupiego. Pamietała doskonale pierwsze lekcje wróżbiarstwa w szkole, gdy ona zama była już trochę przeszkolona przez matkę, a większość dzieciaków miała dopiero pierwszą styczność z tematem. Doskonale pamiętała też swoje pierwsze kroki i ile czasu potrzebowała, by nabrać pewności siebie w tym, co widzi w fusach, znakach w kuli i tak dalej. To nie było wcale tak proste, jak się ludziom z boku wydawało. Dlatego Guinevere uśmiechnęła się do Prewetta zachęcająco.
– Nietoperz? – udawała, że się zamyśliła, chociaż po kilku sekundach rzeczywiście wpadła w zadumę. – Jesteś pewien? – odrobine przekrzywiła głowę i musiała sobie odgarnąć niesforny kosmyk, który spadł jej na twarz. – Nietoperz… wróżysz, że czeka mnie rozczarowanie w podróży – uśmiech ponownie rozjaśnił jej opaloną twarz. – I masz cholerną rację. Najpewniej w niedalekiej przyszłości czeka mnie podróż, w której lot to będzie za mało, albo za wolno, będę musiała się teleportować w ten czy inny sposób. A ja bardzo źle znoszę wszelkie teleportacje – regularnie musiała brać leki powstrzymujące nudności, bo inaczej rzygałaby, gdzie popadnie. – Zdecydowanie bardziej wolę lot – zwłaszcza ten na własnych skrzydłach. – Jak nie jesteś pewny, to możesz sobie odwrócić filiżankę i spróbować zerknąć pod innym kątem. Czasami odpowiedź nie jest jedyna słuszna i niezmienna. Chcesz, żebym zerknęła w twoje fusy?