Wielokrotnie czytał w poezji czy w opowieściach o uwielbieniu swoich partnerów, ukochanych, jak siłę boską, swoiste sacrum. Z Neilem czuł się jak bóstwo, ale nie byle jakie, nie jak jeden wszechmocny z chrześcijańskich wierzeń. Czuł się jak konkretne bóstwo w konkretnym micie. Widział siebie jako złotoustego Apollina, dawcę przyszłości, słońce w pełni chwały nad wzburzonymi falami, a Neila jako syna Dedala, srebrnookiego Ikara, gotowego spaść w odmęty wzburzonej toni za jeden ognisty pocałunek. Miał taką moc, mógł roztopić jego woskowe skrzydła, zmienić poukładane lotki w puch i sprowadzić na dno, nie czyniąc nic, tylko istniejąc w całości na firmamencie jego życia.
Bluźnił. Jego każda modlitwa była bluźnierstwem. Każda myśl. Może to dlatego on pachniał cmentarzem, a Neil latem i młodością. Brakowało tylko białego kwiecia chryzantem i lilii, jak wiązanek pogrzebowych. Oto przybył bóg, pośredni, zwykły i okropny.
Dychotomia pomiędzy pożądaniem i dystansem pożerała go i szarpała trzewia. Musiał spróbować znaleźć to, co leży poza nią. Ułożyć świat pomiędzy tak i nie, spróbować ocalić, spróbować tworzyć, zamiast niszczyć, ale przede wszystkim go uwolnić ze swoich sideł. Gdyby ktoś zapytał, czy kocha Neila, odpowiedziałby, że oczywiście, że tak. Morpheus miał w sobie niesamowicie ogromną miłość do życia, od zawsze, nawet jeśli mówił, że umrze młodo, gdy był w ostatniej klasie Hogwartu. Jego miłość nie należała jednak do końca do Pożądania, a do Obżarstwa.
Istniały choroby, których nie leczyły nawet magiczne medykamenty. Cukrzyca od lat niszczyła ciało, a jego brzuch odznaczał się konstelacjami wkłuć po igłach od insuliny. Ciało Longbottoma było słabe, ukrywał je pod warstwami magicznych szat, nigdy nie nosząc normalnych, mugolskich ubrań. Zawsze spowijał się pod mięsistym materiałem, stanowiącym granicę pomiędzy nim i światem, jego zbroję.
— Przepraszam, prawie o nim zapomniałem — ruchami nieco ścierpniętego kota wyplątał się z objęć czarodzieja, matowy, czarny jedwab szaty wydał z siebie dźwięk jak lód pękający pod stopami, trzeszczący, niepokojący. Wstał z fotela, zabierajac kieliszek z winem ze stolika, przykładając końcówkę papierosa do ust, zaciągając się resztką dymu i podchodząc do okna, pozostawiając swojego wyznawcę na klęczkach przy prowizorycznym ołtarzu fotela. Usiadł bokiem na parapecie, wcześniej odsłaniając welon zasłonki i wypuścił dym z płuc w szarość zmierzchu. Niedbałym ruchem pstryknął petem, wyrzucając go na ulicę pod nimi i złożył dłonie na podołku, prawie jak dama na obrazach starych mistrzów, okręcając kieliszek dookoła własnej osi za stopkę.
— A kto jest najgorszym? Pewnie jakiś dupek, arystokrata, z fryzurą z rozkładówki Czarownicy , który pretensjonalnie recytuje Homera? — zaśmiał się w niebo, lekko ochryple.