Oh, to, że nie byli specjalistami i znajdowali się na samym dnia szpitalnego łańcucha pokarmowego, nic nie znaczyło! I tak byli zapewne nieocenionym wsparciem. Przynajmniej tak lubił wierzyć Cameron, głównie przez wzgląd na własne wątpliwości względem odbywanego stażu.
— Nie pomagasz, Fernie. — Zmarszczył brwi, wydymając przy okazji dolną wargę. — Jeśli sobie będą radzić bez nas, to się nas pozbędą. A już mam wrażenie, że jestem na czarnej liście u Bulstrode. Ona mnie nie znosi! Jeszcze trochę i pójdę na wylot z Munga.
Może nieco dramatyzował, jednak miał świadomość tego, że jego relacje z opiekunką stażu nie były najlepsze. Wprawdzie w kwestiach zawodowych potrafili się dogadać, jednak chłopak autentycznie bał się kobiety. Może to dlatego, że nie zareagowała na jego postać, jak większość? Zazwyczaj spotykał się raczej z reakcjami pokroju „o, jaki ładny, młody chłopak”. Może zbyt szybko objawił przed nią swój niewyparzony język?
Na samą tę myśl oblał go zimny pot. W towarzystwie starał się być jako tako powściągliwy, jednak nie mógł wykluczyć, że z przyzwyczajenia sięgnął po dosyć proste, żeby nie powiedzieć prostackie, słownictwo. Z drugiej strony, praca w placówce medycznej była stresująca, więc chyba mogłaby przyjąć na to oko? Albo po prostu mnie nie znosi, pomyślał, kręcąc bezwiednie głową.
— Bliżej temu do nagrody pocieszenia — stwierdził, gdy odebrał swój fant od goblina. Biorąc udział w loterii, stracił więcej, niż była warta ta drobna wygrana. Czy to w ogóle było legalne? A może powinien spróbować jeszcze raz? Mógłby się też potargować, żeby chociaż wyjść na zero. W końcu kasa nie chodziła piechotą ani nie rosła na drzewach.
Cameron uścisnął na powitanie Dorę, również obdarzając ją szczerym uśmiechem. Drużyna była praktycznie w komplecie. Brakowało jeszcze tylko szkolnej tiary i poczułby się, jak na ceremonii przydziału, przez którą przeszedł wraz z tymi dwoma dziewczynami.
— Pozwoliłem sobie zabawić ją rozmową, żeby nie musiała długo czekać — Mrugnął porozumiewawczo do Crawley, przesuwając się nieco, aby umożliwić jej przejście do stoiska goblina. Kto wie, może szczęście będzie jej bardziej sprzyjało niż jemu samemu?
Tak, najwidoczniej tak było! Lupin zaklaskał lekko w geście podziwu.
— Coś czuję, że na tych straganach czai się więcej takich sekretów. Jak tu szedłem, to chyba minąłem się z kobietą, która oferowała ludziom macanie jakichś zwierzątek w koszyku. Zainteresowane, moje drogie? — spytał z szelmowskim uśmiechem, mając oczywiście na myśli Szaloną Sally.
Skoro już zdecydował się tutaj przyjść, to zamierzał wykorzystać dzień sabatu, najlepiej jak tylko mógł. Wprawdzie nie wiedział, czy uda mu się wyrobić w czasie, aby zdążyć na poszukiwanie czekoladowych jaj, ale liczył, że zaliczy przynajmniej lwią część atrakcji i stoisk, które zostały rozłożone przez handlarzy. Bądź co bądź, musiał też pamiętać o tych ziołach. Tak, to było najważniejsze.
Zamyślił się na moment, gdy usłyszał pytanie o wianki. Wianki... wianki... A tak faktycznie! Wcześniej minął parę osób, które niosły ze sobą podobne wiązanki, jednak wyglądało aż nazbyt idealnie, a nie posądzał większości gości festynu o to, aby byli w stanie wypleść samodzielnie takie dzieła sztuki.
— Jeśli je gdzieś rozdają, to wystarczy, że przejdziemy się po okolicy. Prędzej czy później na coś trafimy — stwierdził po prostu.