Kurtyna zasłony odgradzała ich od świata, a Morpheusa od jego lęku i wraz z tym odcięciem, przyszło rozmycie innych obaw. Pierwszy krok padł, skała skruszyła się pod stopami i pędziła w dół, zabierając kolejne kamyki, tocząc się w dół lawiną. Głód narastał, w dłoniach, które zacisnęły się na odzieniu Neila, kotwicząc ich osoby; w nogach, które pragnęły go oplatać, tak wężowe ciało, zgniatające swoją ofiarę; w lędźwiach, szukających miejsca zetknięcia, na co nie zezwalał w opanowaniu. Opanowaniu zanikającym z każdym pogłębieniem się pocałunku, gdy ślina i języki mieszają się, tworząc pierwszy stopień zjednoczenia.
Zatrzymał sprawne palce Neila, układając na nich swoją duża dłoń i lekko zaciskając, unieruchamiając go, nie zezwalając na dalsze odkrycie skóry z kiru odzienia. W kontraście do tego sam pocałunek Morpehusa stał się dużo bardziej zachłanny, jakby złożony tylko z czystej, wyklarowanej rządzy przyjemności, jakby mógł w ten sposób zaspokoić ich oboje. Druga ręką powędrowała na szyję Neila. Położył kciuk na jego jabłku Adama.
Przerwał, nie odsuwając się jednak ani na pół całą, pauza podczas której oni oddychają, a świat dech wstrzymuje. Pod palcami czuł puls Neila, ciepło jego skóry, gładkie łuki i wygięcia mięśni szyjnych.
— Nie bądź zachłanny — mruknął, jeszcze bardziej ochryple niż zwykle, wprost w usta młodzieńca, czując wzrastającą własną frustrację w ciele z decyzji, jakie podejmował umysł. — Nie dzisiaj.
Spragniony ciepła, człowieka, bliskości, gotów był na podobnie łaskawą ofiarę, jak drugi czarodziej, na ołtarzu ekstazy. Ten baranek paschalny jednak miał zbyt wysoką wartość, aby od tak zedrzeć z niego złote runo, a później pozbyć się resztek i zapomnieć o nim, odnawiając rytuał na coraz to nowej owieczce.
Dlatego postanowił go całować dalej, wymalować kwiecie przyjemności w głowie tamtego tylko tą prostą pieszczotą, aby docenić ją, jej finezję, nie tylko jako drogę do jakiegoś celu, ale właśnie sam cel. Neil miał zapomnieć jak ma na imię i gdzie się znajduje tylko od pocałunku i tak właśnie całował go Morpheus.
W powietrzu nadal brzmiała odmowa, podkreślona obrotnicą czegoś więcej. Nie tego dnia, lecz iskrzyła się nadzieją.