Gramofon w pokoju Morpehusa wygrywał amerykańskie hity sprzed dwóch dekad, jeśli nie więcej. Igła raz na jakiś czas nieco trzeszczała, zapewne przez kilka rysek, które pojawiły się na niej z czasem. Melodia ze skocznej piosenki I Got Rhythm Reda Nicholsa, przeszedł w znacznie spokojniejsze I Still Get A Thrill (Thinking Of You) Guya Lombardo, kołysząc dźwięki w łagodnym pejzażu powłóczystego wokalu piosenkarza.
— Wejdź! — zawołanie dało się słyszeć przez grube, dębowe drzwi. Pokój profety nie różnił się wielkością ani ogólnym rozstawieniem od tych należących do reszty domowników. Duże łóżko z czterema kolumienkami, zajmujące najwięcej miejsca, zostało dokładnie pościelone i przykryte kapą ze złotym wzorem adamaszku na kremowym aksamicie, było jedynym miejscem, które wyglądało, jakby ktoś go nie używał i to tylko dzięki Malwie, która je sprzątała każdego ranka. W pozostałych miejscach planował zorganizowany chaos. Przy oknie stał ogromny regał z książkami dotyczącymi symboliki, profecji, a przed nimi, w pozornie losowych układach, Morpheus poukładał flakony z perfumami, których używał lub które kupił, bo miały piękne flakony. Na górze biblioteczki stała reprodukcja słynnego popiersia Apollina, obrośnięte bluszczem ze skrytej w kącie doniczki. Przy małym stoliku przy oknie stał też fotel, z przerzuconą niedbale szatą, na blacie zziębła już pusta filiżanka po kawie, a uwagę rozpraszały ruchome zdjęcia z gazety z tego dnia.
Siedział przy biurku, gdzie znajdowała się nieduża myślodsiewnia oraz ogromny bałagan. Jedyne, co zostało ułożone, to atramenty Morpheusa, pióra oraz stalówki i oczywiście dwie papeterie, jedna służbowa, druga prywatna. Poza tym dookoła leżało mnóstwo wycinków z gazet, również mugolskich, ogrom dokumentów i jeszcze więcej książek.
— Jest taka nieprzypisana przepowiednia w departamencie, która mówi do podmiotu, że będzie królową, aż nie przyjdzie młodsza i piękniejsza i nie zabierze wszystkiego, co jej drogie. Erik może śmiało ją wypełnić, tylko niech trochę grosza w skarbcu zostawi — stwierdził w odpowiedzi, równie żartobliwie. Zdawał się być w całkiem dobrym humorze, który odmłodził jego twarz przynajmniej o kilka lat. Tak jakby Grecja nigdy się nie wydarzyła i nigdy nie odbyło się Beltane.
Wyjątkowo Morpheus nie miał na sobie magicznej szaty, a jedynie czarne spodnie wizytowe oraz podkoszulek bez rękawów, aż świecący bielą krochmalu, odstający od lekkiej opalenizny mężczyzny na chudych ramionach. Na stoliczku, obok gazety, leżała fiolka z insuliną i strzykawka, w szklanym słoiczku piętrzyły się igły do utylizacji, które tłumaczyły tak nieformalne odzienie u wuja. W połączeniu z porą było jasne, że wziął przed chwilą leki, a jest to znacznie prostsze, gdy dookoła nie plącze się kilka jardów luźnego materiału.
— Mówiąc o przepowiedniach... — zaczął, podchodząc do Brenny i wręczając jej ten sam skrawek papieru, który dał mu latarnik, ze słowami przepowiedni.
Co dekadę znika, by potem wrócić znów.
Broń wypełniona ciemnością czeka w ukryciu,
Bezimienna groza w podziemnym mroku trwa.
Strzeż się swojego strachu i swoich pragnień.