Pokiwał głową, przytakując słowom o Henryku. To mogła powiedzieć poprzednia żona Perseusa Blacka o Vesperze Rookwood, to mogło powiedzieć bardzo wiele kobiet, niekoniecznie królowych, to mogła przecież być metafora jedynie, dotycząca samej symboliki królowej. W taliach tarota Królowe stanowią serca swojego dworu, emocjonalną dojrzałość. Oznaczają matki, żony, panie domu. Władczynie niekoniecznie w sensie prawnym, ale społecznym. Utracenie korony, ostracyzm społeczny, odrzucenie, nieszczęście. Nic dziwnego, że ta przepowiednia tylko błyszczała się na swoim miejscu, nieoznaczona żadnym imieniem, nawet wieszcza, który ją wypowiedział. Legenda departamentu, echo przeszłości i przyszłości jednocześnie.
— Wiem, że jest, Brenno. Mam wspomnienie. Tego nie da się pomylić z niczym innym. Mam też notatki latarnika z jego własnych prób, wspominał coś o wierszu Salta i... — Morpheus zaraz zaczął przekładać kartki. Brennie musiał rzucić się w oczy napoczęty raport dla ministerstwa, większość wyglądała tak samo. Wbrew nieładowi na pierwszy rzut oka, czarodziej wiedział dokładnie, gdzie co się znajduje. Podał jej wszystko, co otrzymał od Alistaira oraz własne komentarze, które zdążył już poczynić. — O tutaj, nie zamierzam ich dołączyć do raportu, napiszę własną interpretację. Jeszcze nie jestem pewien, z jakimi wydarzeniami powiążę, ale... Przepraszam. Mam tysiące myśli w głowie, jeszcze przed chwilą wróciłem, bo cofnąłem się, żeby wysłać ci wiadomość o spotkaniu, zanim wyjdziesz z pracy, czyli zanim się aportuję do Irlandii, żebyś przyszła jak tylko wrócę...
Gestykulując dłońmi i piórem, trzymanym w prawej dłoni próbował zilustrować swoją poplątaną linię czasową dnia, która zawierała czasami jeszcze dziwniejsze aranżacje czasoprzestrzenne i naginające logikę oraz realną warstwę poznania. Czarodziej niemal wibrował z ekscytacji, obcowanie z przepowiedniami sprawiało, że niemal wychodził z własnej skóry. W latarni przejmował się wieloma rzeczami, ale chwilę wcześniej doświadczył wspomnienia Larmonda, zanurzając się w nim i widząc, jak mówią bogowie. Wyciągnął już nawet kadzidła, aby złożyć ofiarę dziękczynną Apollinowi, ale wtedy usłyszał kroki bratanicy. Już dawno nie był w takim stanie. On, który oddawał hołd bogu słońca, sam się zdawał nim być, błyszcząc jaśniej, niż zwykły człowiek. W tych momentach rzeczywiście widzenie wyglądało jak błogosławieństwo.