Yaxley nie lubiła prostych rozwiązań. W końcu gdyby związała go podczas spania, to nie miałby szansy zrobić jej krzywdy, a ona najwyraźniej bardzo przepadała za ryzykiem. Tańczyła na krawędzi, kiedy tylko mogła. Była trochę szalona, co mogło skończyć się różnie. Zresztą nigdy nie uważała, że śmierć podczas walki należy do uwłaczających.
Zwierzęciu udało się ją po raz kolejny drasnąć, zacisnęła usta zirytowana, zrobiła to tak mocno, że ugryzła się w dolną wargę. Miała wrażenie, że śmieje się jej w twarz, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło, a to łączyło się z tym, że przestawała jasno myśleć. Chaos ogarnął głowę Yaxley, bo nie znosiła niepowodzenia.
Kolejna lina puściła. Mógł się poruszać, nie wróżyło to niczego dobrego. Nie panikowała jednak, nie bała się konfrontacji oko w oko z tym paskudztwem.
Usłyszała głos Erika dochodzący z zewnątrz. Nie miała jednak czasu, żeby mu odpowiedzieć, zdecydowanie nie wybrał odpowiedniego momentu. Ona również wolałaby poradzić sobie z tym sama, nie chciała wyjść na niekompetentną, szczególnie, że tak mu wcześniej opowiadała o tym, jaka to jest zdolna niesłychanie, niestety póki co nie udało jej się tego udowodnić, no życie. Nie zamierzała się jednak poddawać. Musiała walczyć do skutku.
Ponownie machnęła różdżką, nie zmieniała taktyki, prędzej, czy później rozwali mu ten wielki łeb, nie widziała innej opcji, błotoryj musiał się z tym pogodzić. Dzisiaj był ostatni dzień jego żywota na tym świecie, wspaniale, że zjadł obfity ostatni posiłek.
Machnęła zgrabnie różdżką, głośno wypowiedziała zaklęcie. Ponownie próbowała tego samego, chciała rozwalić mu łeb.
Sukces!
Sukces!