Morpheus wyglądał niemal na oburzonego słowami Neila. Nie przez siebie, ale przez to jak ubliżał sobie samemu w słowach, jak poniżał się. Zagryzł zęby, aby nie powiedzieć za dużo, bo to brzmiało jak kłótnia kochanków, a nimi zdecydowanie nie byli. Problem leżał w tym, że Morpheus pragnął Neila w bardzo zwierzęcy sposób, prymitywnie, a jednocześnie był to jedyny rzeczywiście szczery rodzaj miłości, bez wyobrażeń i oczekiwań. Poczekał, aż Efner zniknie w kuchni, aby powtórzyć to, co robił tamten.
Jego krzyk rozpaczy i frustracji był inny. Nie był to nawet krzyk, gardło miał ściśnięte gniewem na siebie samego, że przyjął w ogóle atencję młodszego czarodzieja, powinien udawać, że go odrzuca albo próbować zaciągnąć go do łóżka podczas drugiego spotkania, nie po dwóch latach znajomości, po tragedii w rodzinie i tak długiej nieobecności, która oczywiście upiększała drugą osobę, piaskiem nieobecności polerując wszystkie wady.
Nagle zachciało mu się nie być kompletnym dupkiem i wyszedł na jeszcze większego skurwiela.
W masochistycznej potrzebie włożył do ust bokiem ten sam kciuk, którym tak czule dotykał drugiego mężczyznę, a następnie zagryzł na nim z całej siły zęby, aż nie poczuł w ustach krwi, aż ból nie zabielił mu umysłu, aż łzy nie popłynęły z jego oczu. Wtedy rozluźnił ścisk i przyjrzał się równemu rzędowi wgłębień na skórze, z trzech płynęła płytko krew. Starł ją, ale znów się pojawiła.
Wstał i poszedł do kuchni. Stanął w drzwiach, jak milczący posąg, nie zamierzając przerywać. Woda wrzała, a on patrzył na Neila, kropla krwi spływała mu powoli, gęsto, z jednej ranki, po knyciach, a później dalej, niczym trucizna, po wskazującym palcu i kap! Pierwsza kropla rozbiła się o pożółkłe linoleum w kuchni.