Stojący na tarasie Rookwood wciąż nie wydawał się być skłonny do odpuszczenia temu smarkaczowi za jego wyskok. Zgodził się spróbować pomóc młodym Mulciberom uratować tyłki jakby wymagała tego sytuacja. Jego cierpliwość i dobra wola miała swoje granice. Tylko skończony głupiec testowałby go w ten sposób, sprawdzając na co sobie może pozwolić, a co nie wchodziło w grę. Nie pozostawiało złudzeń to, że wszystkie czyny wiązały się ze swoimi konsekwencjami. Mniej lub bardziej poważnymi, jednak one były nieuniknione. Za kradzież należących do niego papierosów młody Mulciber nie trafi choćby na jeden dzień do aresztu, jednak nie uniknie pozostałych konsekwencji. Ktoś inny na jego miejscu najpewniej zmiękłby. widząc młodego chłopaka wpatrującego się w podłogę, spinającego się na zawarty w jego słowach przekaz.
— Nie chodzi tylko o to, że przywłaszczyłeś sobie moją własność będąc przy tym gościem w naszym domu, ale również sięgnąłeś po używkę przeznaczoną dla dorosłych czarodziejów. — Uświadomił go o tym, że poważne naruszenie zasad gościnności to jedno, a sięganie po nielegalne dla niepełnoletnich czarodziejów to drugie. — Dobrze, że nie będziesz kradł. Za kradzież papierosów nie grozi tobie więzienie, ale zawłaszczenie czegoś cenniejszego już tak. Poza tym... po tym świecie chodzą ludzie, którzy po przyłapaniu złodzieja na kradzieży nie wzywają na miejsce Brygadzistów, tylko sięgają po różdżkę albo broń. To istnieją znacznie poważniejsze konsekwencje, niż gniew twojego ojca. — Palący papierosa Chester pozostawał nieubłagany, jeśli chodzi o niemieszanie ojca Roberta i Richarda w to. Zobowiązał się do podjęcia próby ochronienia ich przed poważnymi problemami natury prawnej, jednak nie zamierzał ich kryć przed własnymi rodzicami. W tym domu nie było przyzwolenia na dopuszczanie do takich sytuacji, w których nieletni czarodzieje sięgają po używki. Inną sprawą było to, że Richard dał się na tym przyłapać jak każdy amator i również musiał ponieść tego konsekwencje. Jeśli ma łamać zasady to w taki sposób, aby nikt na tym go nie przyłapał.
— Tak. Chodzi o szlamę. — Potwierdził lakonicznie pomiędzy wciągnięciem do płuc dymu tytoniowego, uwolnieniem go spomiędzy rozchylonych warg i strzepnięciem porcji popiołu na posadzkę tarasu. — Nie wyglądasz na przejętego tym. Powiedział to, co miał powiedzieć - o istnieniu waszej paczki, o waszych wyskokach w postaci łamaniu regulaminu i o uczniu, którego kryliście ilekroć chciał spotkać się z dziewczyną, a którego widziano na szkolnym korytarzu w dniu śmierci uczennicy, której regularnie dokuczaliście. Jak masz coś do dodania to jest dobry moment na to. Tym bardziej, że postanowiłem spróbować wam pomóc w razie problemów. — Spostrzegł w pierwszej kolejności. Sam popierał to, że w Hogwarcie powinna obowiązywać większa selekcja uczniów za sprawą której przyjmowano ich do szkoły, jednak jeszcze jego poglądy nie uległy radykalizacji. Jeszcze nie myślał, że dobra szlama to martwa szlama. Za śmierć uczennicy będzie musiał ktoś odpowiedzieć i byłoby lepiej, żeby to nie jego brat za to odpowiedział.