04.02.2024, 12:27 ✶
Na ustach Patricka pojawiło się coś na kształt ponurego uśmieszku. Sięgnęło kącików wąskich warg i wprawiło je w drobne uniesienie. Jednocześnie westchnął, gdy do Sebastiana dotarło, że wcale nie żartował. Uciekł spojrzeniem, omiatając znajdujące się w pomieszczeniu przedmioty i bezmyślnie patrząc na ściany.
- Miewam beznadziejne poczucie humoru, ale chyba nie aż tak – sprostował. Ba, do niedawna nie miał nawet szczątków wiedzy, by w ogóle myśleć o takich tematach jak Limbo.
Chyba czekał na wzdrygnięcie się, gdy McMillan ścisnął jego dłoń. Większość, właściwie niemal wszyscy, wzdrygali się choćby mimowolnie od trupiego chłodu, którym był przesiąknięty. Inna reakcja, nawet tak nerwowa, była… przyjemnym rozczarowaniem.
Słuchał jego tyrady, mimowolnie odprężając się pod jej wpływem. Zniknęło napięcie malujące się w linii ramion. Założył ręce na piersiach i pokręcił głową. Tak z perspektywy czasu, trudno mu było racjonalnie odpowiedzieć na pytania Sebastiana.
- Lestrange doznała czegoś na kształt wizji. Była przekonana, że Czarny Pan morduje znajdującą się gdzieś kapłankę. Coś kazało jej wejść do ognia a ja… - urwał. Dużo łatwiej byłoby wszystko zrzucić na kompletną niewiedzę i pewnie po części chodziło o niewiedzę. Naprawdę nie miał pojęcia, żadne z nich nie miało pojęcia, że wbiegając w ogień (nawet metafizycznie) przeniosą się do Limbo, ale on wtedy zdawał sobie sprawę, że jako jedyny nie ma żadnej ochrony. W jego żyłach nie płynęła krew Parkinsonów. Nie miał przy sobie też mikstur, które mogłyby go ochronić przed śmiercią w płomieniach. Być może z boku to rzeczywiście wyglądało tak, jakby był po prostu durniem (i pewnie był durniem), ale w tamtej sekundzie, gdy podejmował decyzję, gotował się na śmierć. Nie na spotkanie z nią, ale na poparzenia ogarniające całe ciało, piekący swąd spalenizny i cierpienie. Był świadomy decyzji, którą podejmował. – Chcieliśmy mu przeszkodzić. Nie udało nam się. Kiedy pojawiliśmy się w Limbo, ta kobieta, kapłanka, boginii, Matka – czymkolwiek była – już nie żyła.
Odwrócił się do Sebastiana plecami. I znowu, to była tylko jego teoria, w dodatku nie poparta żadnymi sensownymi informacjami, ale spodziewał się, że jej śmierć nie była na zawsze. Przecież chyba nie dało się zabić boga? A jeśli dało, to jak ogromną mocą musiał władać Czarny Pan?
- Znajome. Nie wiem kim były duchy, które pojawiły się przed pozostałymi, ale strzelam, że każdy spotkał kogoś, z kim był związany. U mnie to… - zająknął się mimowolnie. Słowo „ojciec” nie chciało przejść mu przez gardło. Samo zestawienie tego wyrazu ze znajdującym się obok „związany” było dziwne i obcesowe. Do Beltane Patrick wcale nie czuł się związany z ojcem, bo stracił go, gdy miał niecałe cztery lata. – Jestem sierotą. Spotkałem ojca. Zmarł prawie trzydzieści lat wcześniej.
Uśmiechnął się gorzko. Rzadko myślał o śmierci, ale gdyby miał się spodziewać kogoś czekającego na niego po drugiej stronie, pewnie obstawiałby Clare. W odróżnieniu od rodziców, ją znał i jej śmierć odcisnęła na nim silne piętno. A tu taka niespodzianka. Najwidoczniej Clare miała go w dupie nie tylko za swojego życia, ale również po śmierci.
- Te czyjeś ślady… - zaczął powoli, starannie cedząc słowa. – To tylko wspomnienia? – Brzmiał cicho, spokojnie, ale głęboko w jego środku czaiła się panika. Gdyby to nie były tylko wspomnienia, Zakon Feniksa miał zbyt wiele do stracenia, by mógł to tak zostawić.
Sebastian raczej nie zdawał sobie sprawy, że Patrick pytał go właśnie czy powinien popełnić samobójstwo.
Zmarszczył brwi.
- Ty też miewasz takie wizje?
- Miewam beznadziejne poczucie humoru, ale chyba nie aż tak – sprostował. Ba, do niedawna nie miał nawet szczątków wiedzy, by w ogóle myśleć o takich tematach jak Limbo.
Chyba czekał na wzdrygnięcie się, gdy McMillan ścisnął jego dłoń. Większość, właściwie niemal wszyscy, wzdrygali się choćby mimowolnie od trupiego chłodu, którym był przesiąknięty. Inna reakcja, nawet tak nerwowa, była… przyjemnym rozczarowaniem.
Słuchał jego tyrady, mimowolnie odprężając się pod jej wpływem. Zniknęło napięcie malujące się w linii ramion. Założył ręce na piersiach i pokręcił głową. Tak z perspektywy czasu, trudno mu było racjonalnie odpowiedzieć na pytania Sebastiana.
- Lestrange doznała czegoś na kształt wizji. Była przekonana, że Czarny Pan morduje znajdującą się gdzieś kapłankę. Coś kazało jej wejść do ognia a ja… - urwał. Dużo łatwiej byłoby wszystko zrzucić na kompletną niewiedzę i pewnie po części chodziło o niewiedzę. Naprawdę nie miał pojęcia, żadne z nich nie miało pojęcia, że wbiegając w ogień (nawet metafizycznie) przeniosą się do Limbo, ale on wtedy zdawał sobie sprawę, że jako jedyny nie ma żadnej ochrony. W jego żyłach nie płynęła krew Parkinsonów. Nie miał przy sobie też mikstur, które mogłyby go ochronić przed śmiercią w płomieniach. Być może z boku to rzeczywiście wyglądało tak, jakby był po prostu durniem (i pewnie był durniem), ale w tamtej sekundzie, gdy podejmował decyzję, gotował się na śmierć. Nie na spotkanie z nią, ale na poparzenia ogarniające całe ciało, piekący swąd spalenizny i cierpienie. Był świadomy decyzji, którą podejmował. – Chcieliśmy mu przeszkodzić. Nie udało nam się. Kiedy pojawiliśmy się w Limbo, ta kobieta, kapłanka, boginii, Matka – czymkolwiek była – już nie żyła.
Odwrócił się do Sebastiana plecami. I znowu, to była tylko jego teoria, w dodatku nie poparta żadnymi sensownymi informacjami, ale spodziewał się, że jej śmierć nie była na zawsze. Przecież chyba nie dało się zabić boga? A jeśli dało, to jak ogromną mocą musiał władać Czarny Pan?
- Znajome. Nie wiem kim były duchy, które pojawiły się przed pozostałymi, ale strzelam, że każdy spotkał kogoś, z kim był związany. U mnie to… - zająknął się mimowolnie. Słowo „ojciec” nie chciało przejść mu przez gardło. Samo zestawienie tego wyrazu ze znajdującym się obok „związany” było dziwne i obcesowe. Do Beltane Patrick wcale nie czuł się związany z ojcem, bo stracił go, gdy miał niecałe cztery lata. – Jestem sierotą. Spotkałem ojca. Zmarł prawie trzydzieści lat wcześniej.
Uśmiechnął się gorzko. Rzadko myślał o śmierci, ale gdyby miał się spodziewać kogoś czekającego na niego po drugiej stronie, pewnie obstawiałby Clare. W odróżnieniu od rodziców, ją znał i jej śmierć odcisnęła na nim silne piętno. A tu taka niespodzianka. Najwidoczniej Clare miała go w dupie nie tylko za swojego życia, ale również po śmierci.
- Te czyjeś ślady… - zaczął powoli, starannie cedząc słowa. – To tylko wspomnienia? – Brzmiał cicho, spokojnie, ale głęboko w jego środku czaiła się panika. Gdyby to nie były tylko wspomnienia, Zakon Feniksa miał zbyt wiele do stracenia, by mógł to tak zostawić.
Sebastian raczej nie zdawał sobie sprawy, że Patrick pytał go właśnie czy powinien popełnić samobójstwo.
Zmarszczył brwi.
- Ty też miewasz takie wizje?