Stojący w miejscu Dagur bardzo dobrze czuł, że nadchodziła burza. Nie potrafił określić tego, czy faktycznie powinien się bać tego zjawiska. Nie wydawało się ono naturalne i może powinien podejść do tego z większą dozą ostrożności, właśnie przez wzgląd na tę gęsią skórkę na swoim karku i metaliczny posmak w ustach. Nie czuł jednak szarpiącego jego ubrania wiatru i nie doświadczył uczucia duszności. Niebo też nie miało zwalić mu się na głowę. Gdzie nie sięgnął okiem rozciągała się ta gęsta mgła, że w sumie oko wykol. Zdawało mu się, że nie słyszy żadnego dźwięku.
Dagur był w stanie zgodzić się, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Ci wszyscy ludzie zakłócili przebieg tego rytuału, wliczając w to jego pierworodnego syna. Bardzo cieszyło go jako ojca, że Hjalmar ma serce na właściwym miejscu. Jednocześnie musiał się wiele nauczyć o otaczającym go świecie i tym, jak bardzo istotna dla niektórych jest wiara w dane bóstwo lub bóstwa. Starał się mu przypomnieć, że należało zaakceptować podjęte przez kogoś decyzje, nawet jeśli się z nimi nie zgadzało. Po to bogowie dali im wolną wolę.
— Dziewczyna podjęła taką decyzję, jest gotowa na to poświęcenie. Powinieneś to uszanować. — Wciąż posługując się ich ojczystym językiem starał się wskazać swojemu pierworodnemu popełniony przez niego błąd w rozumowaniu. Pomijając już to, że nie powinni się w to mieszać, to nie chodziło w tym wszystkim, czego oni chcą w myśl tego, co wydawało się im słuszne albo zupełnie niewłaściwe. Starszy Nordgersim nie uważał aby to był właściwy moment na słowne przepychanki między sobą nawzajem, co właśnie miało miejsce. Dagurowi nie spodobałoby się to nienawistne spojrzenie, jakie kobieta posłała jego synowi, ale przecież nie podniósłby ręki na Arcykapłankę. W jednym ona miała rację - syn powinien słuchać się ojca.
W ogólnym rozrachunku na nic stały się te wszystkie starania mające na celu powstrzymanie Arcykapłanki i kapłanki przed dopełnieniem krwawej ofiary. Jak tylko zrobiło się jasno to zmrużył mocno powieki. Poczuł jak pod wpływem tego grzmotu osuwa mu się grunt spod nóg. Ostatnie co widział to była ta wszechogarniająca biel. Następnie w nozdrza uderzył go charakterystyczny zapach mokrych jesiennych liści. Leżał na mokrym leśnym poszyciu, wpatrując w czerwono-złote korony wiekowych dębów. Skąpana w mgle knieja była znajoma i jednocześnie obca, istniała w tym pewna sprzeczność. Nostalgia i lęk przed nieznanym, dominującym odkąd spoglądając w niebo dostrzegł ubywający sierp księżyca.
Po podniesieniu się do siadu dostrzegł wyłaniającą się spośród drzew odzianą w czarne łachmany, wspierającą się na drewnianym kosturze starą, zgarbioną pod ciężarem lat i noszonego na plecach chrustu staruchę, której widok wzbudził w nim też całkiem słuszny odruch odciążenia jej. Wzbudziła w nim ten respekt. Na to powitanie z szacunkiem skinął głową. To jemu przypadło sięgnięcie jako pierwszemu po rzucone pomiędzy nich krzesiwo, po które sięgnął po to aby podjąć się próby rozpalenia ognia za jego pomocą. Ogień pozostawał mu dobrze znany, potrafił całymi dniami płonąć w ich kuźni.