04.02.2024, 23:44 ✶
Utrata różdżki faktycznie bolała. Równie mocno – a może nawet mocniej – co poczucie dumy, bo Cathal jednak nie był człowiekiem z aż tak lekkim stosunkiem do życia, aby nie był wściekły, zawstydzony i nie czuł się upokorzony wręcz tą całą sytuacją.
– I uważasz, że zobaczyłabyś w fusach „napadną cię i połamiesz różdżkę”? – zapytał retorycznie, bo po prostu nie wierzył w taką dokładność wróżb. Inna sprawa, że o tym połamaniu Ginny nie mogłaby nigdy niczego zobaczyć – wszak różdżkę skradziono, nie zniszczono.
Ale połamanie wydawało mu się Cathalowi mniej… ujmujące.
– Deklarujesz gotowość walczenia w mojej obronie z najpotężniejszym czarnoksiężnikiem Anglii? Jak miło – zakpił odrobinę, ujmując woreczek i przykładając go do rozcięcia. Tak naprawdę nie bał się, że Voldemort zaraz dokona tu wielkiej napaści, ale wyolbrzymiał nieco celowo: po prostu bez różdżki czuł się absolutnie bezbronny i jej zakup nie mógł poczekać aż skończą przeszukiwać biblioteczne zbiory.
– Kłopoty chodzą parami, mówisz… – dodał, a potem przesunął po nich spojrzeniem.
Takim bardzo wymownym.
Ale zaraz z jego ust wyrwało się po prostu westchnienie, bo faktycznie, nie był to moment, w którym miałby ochotę się przekomarzać.
Miał i tak szczęście, że nie było z nimi Nell. Był pewien, że kobieta nie dałaby mu żyć. Ba, pewnie pobiegłaby w stronę, z której nadszedł Shafiq, chcąc sprawdzić, czy nie zobaczy czegoś ciekawego…
Ruszył więc wzdłuż Pokątnej, kierując się ku niepozornemu sklepowi, jednemu z tych najważniejszych na Pokątnej: który czarodzieje odwiedzali rzadko, ale z którego zakup był jednym z tych absolutnie niezbędnych. Nie musieli iść daleko – znajdowali się zaledwie rzut kamieniem od zakładu różdżkarskiego. Cathal pchnął drzwi i wszedł do środka. Niewiele się tu zmieniło w porównaniu do tego, co zapamiętał z wizyty, podczas której rozmawiał z Fergusem Ollivanderem – prawdę mówiąc gdyby nie jego absolutna pamięć, nie dostrzegłby nawet tych różnic. Przystanął na moment, dosłownie kilka sekund zawieszenia, gdy mimowolnie odnotowywał, które pudełka znikły z półek, które się na nich pojawiły…
– Chcę kupić różdżkę – powiedział, podchodząc od lady. Sprzedawca zmierzył go spojrzeniem.
– Jakieś sugestie, co do rdzenia i drewna? – spytał, wstając zza stołka, na którym dotąd siedział. – Poprzednia różdżka?
– Miała włos testrala. Głóg.
– W takim razie powiedziałby, że rdzeń z serca smoka, bo włosów testrali używamy rzadko – mruknął sprzedawca i obrócił się do pudeł. – Gdyby miały panie trzema słowami opisać swojego towarzysza…?
Cathal przewrócił oczami, ale nic nie powiedział. Skoro to miało pomóc mu szybciej podsunąć potencjalnie właściwe różdżki…
– I uważasz, że zobaczyłabyś w fusach „napadną cię i połamiesz różdżkę”? – zapytał retorycznie, bo po prostu nie wierzył w taką dokładność wróżb. Inna sprawa, że o tym połamaniu Ginny nie mogłaby nigdy niczego zobaczyć – wszak różdżkę skradziono, nie zniszczono.
Ale połamanie wydawało mu się Cathalowi mniej… ujmujące.
– Deklarujesz gotowość walczenia w mojej obronie z najpotężniejszym czarnoksiężnikiem Anglii? Jak miło – zakpił odrobinę, ujmując woreczek i przykładając go do rozcięcia. Tak naprawdę nie bał się, że Voldemort zaraz dokona tu wielkiej napaści, ale wyolbrzymiał nieco celowo: po prostu bez różdżki czuł się absolutnie bezbronny i jej zakup nie mógł poczekać aż skończą przeszukiwać biblioteczne zbiory.
– Kłopoty chodzą parami, mówisz… – dodał, a potem przesunął po nich spojrzeniem.
Takim bardzo wymownym.
Ale zaraz z jego ust wyrwało się po prostu westchnienie, bo faktycznie, nie był to moment, w którym miałby ochotę się przekomarzać.
Miał i tak szczęście, że nie było z nimi Nell. Był pewien, że kobieta nie dałaby mu żyć. Ba, pewnie pobiegłaby w stronę, z której nadszedł Shafiq, chcąc sprawdzić, czy nie zobaczy czegoś ciekawego…
Ruszył więc wzdłuż Pokątnej, kierując się ku niepozornemu sklepowi, jednemu z tych najważniejszych na Pokątnej: który czarodzieje odwiedzali rzadko, ale z którego zakup był jednym z tych absolutnie niezbędnych. Nie musieli iść daleko – znajdowali się zaledwie rzut kamieniem od zakładu różdżkarskiego. Cathal pchnął drzwi i wszedł do środka. Niewiele się tu zmieniło w porównaniu do tego, co zapamiętał z wizyty, podczas której rozmawiał z Fergusem Ollivanderem – prawdę mówiąc gdyby nie jego absolutna pamięć, nie dostrzegłby nawet tych różnic. Przystanął na moment, dosłownie kilka sekund zawieszenia, gdy mimowolnie odnotowywał, które pudełka znikły z półek, które się na nich pojawiły…
– Chcę kupić różdżkę – powiedział, podchodząc od lady. Sprzedawca zmierzył go spojrzeniem.
– Jakieś sugestie, co do rdzenia i drewna? – spytał, wstając zza stołka, na którym dotąd siedział. – Poprzednia różdżka?
– Miała włos testrala. Głóg.
– W takim razie powiedziałby, że rdzeń z serca smoka, bo włosów testrali używamy rzadko – mruknął sprzedawca i obrócił się do pudeł. – Gdyby miały panie trzema słowami opisać swojego towarzysza…?
Cathal przewrócił oczami, ale nic nie powiedział. Skoro to miało pomóc mu szybciej podsunąć potencjalnie właściwe różdżki…