05.02.2024, 00:05 ✶
- Musisz przyznać, siostrzyczko, że to zniknięcie to wyszło mi wręcz Oscarowo - roześmiałem się, wzruszając ramionami. Niby luz-blues-chill, ale na dobrą sprawę, to męczyłem się paskudnie z dala od Persephonki, więc się cieszyłem, że tych kilka spraw, które mi tak stały kością, jednak się przesunęło pomyślnie i je wydaliłem daleko od siebie. - Powiem tak, trzeba mieć kontakty w samym piekle, żeby być tak piekielnie boskim jak ja - stwierdziłem zadowolony z tego mitologicznego nawiązania. Swoją drogą, rodzice z pewnością bardziej mnie kochali jako pierworodnego, skoro dali mi imię po zacnym starożytnym bogu podziemi, a Rosie dali imię... Hmm... Może jakiejś kanapy z przyszłości. KANAPA AMBROSIA. Tanio, miękko i przyjemnie.
- Trochę jak ten Filip z Konopi Żal przemawia przez twoją dupę, że twój brat potrafi, a ty byś nie potrafiła - stwierdziłem sobie jakże dumnie, jak ten paw się puszyłem, prostowałem, kanapkę dalej jadłem. Omnomnom. Zapewne mi zaraz stanie w gardle, kiedy tylko siostrzyczka mi jej pożałuje, ale wtedy wykrztuszę i połknę ponownie. Niech się lepiej zastanowi, czy chciałaby podobne obrazy oglądać w swojej jadalni. Bądź co bądź będzie jadała w tym miejscu... cóż, do swojej usranej, staropanieńskiej śmierci. Może dołączy do niej jakiś kot, a może nikt... Za wyjątkiem braciszka, kiedy to jego droga małżonka wyrzuci go z domu, bo coś. Czasami popełniałem błędy, wpadałem na jakieś głupio-mądre pomysły, ale najważniejsze, że ostatecznie byliśmy sobie przeznaczeni oraz uwielbiała się ze mną jebać, Persephonka w sensie, więc mi wszystko ostatecznie uchodziło mniejszym lub większym płazem, a kobieta nie mogła się mnie pozbyć. Po prostu byłem jak ten karaluch.
- Phi! A co tam jest w tej Francji? Żabojady? - zapytałem, kręcąc głową. Ostatnimi czasy, co bym tylko głowy nie okręcił, to ktoś popierdalał do Francji, a to do Paryża, a to jakaś jebana Marsylia. Co te ludzie? Jak gdyby tu, w naszej urokliwej rodzimej Anglii, nie było wystarczająco miejsc do zwiedzania. A obok taka cudowna, surowo-zielona Szkocja... I ta dziwniejsza Irlandia, ale też była. Ewentualnie Islandia, ale to było jednak trochę dalej i raczej ciężko byłoby na nią drogę przebrnąć wpław, ale mogłem takiej Rosie sprzedać ogromnego kopa, że by tam sobie pofrunęła wesoło.
- Chwila, moment! Rosie, pij sobie, co chcesz, nawet takie wstrętne gówno, ale mi się spowiadaj tu, natychmiast, z kim tam zamierzasz podróżować do tej Francji??? - zapytałem, jednak przerywając konsumpcję, bo były rzeczy ważne i ważniejsze. Podniosłem nawet spojrzenie na Ambrosię i się w nią wpatrywałem, jak gdybym zamierzał jej właśnie przebić wzrokiem łeb na wskroś. Nie obiecałem, ale kto wie... Czasami już byłoby lepiej kogoś zabić niż pozwolić by popełniał jakieś głupie błędy. Wciąż i wciąż. Szalone miałem pomysły, kanapki były smaczne, ale Ambroska to na pewno nie buja się już w towarzystwie tego paskudnika. Na pewno nie... Niepotrzebnie panikowałem, no nie?
- Trochę jak ten Filip z Konopi Żal przemawia przez twoją dupę, że twój brat potrafi, a ty byś nie potrafiła - stwierdziłem sobie jakże dumnie, jak ten paw się puszyłem, prostowałem, kanapkę dalej jadłem. Omnomnom. Zapewne mi zaraz stanie w gardle, kiedy tylko siostrzyczka mi jej pożałuje, ale wtedy wykrztuszę i połknę ponownie. Niech się lepiej zastanowi, czy chciałaby podobne obrazy oglądać w swojej jadalni. Bądź co bądź będzie jadała w tym miejscu... cóż, do swojej usranej, staropanieńskiej śmierci. Może dołączy do niej jakiś kot, a może nikt... Za wyjątkiem braciszka, kiedy to jego droga małżonka wyrzuci go z domu, bo coś. Czasami popełniałem błędy, wpadałem na jakieś głupio-mądre pomysły, ale najważniejsze, że ostatecznie byliśmy sobie przeznaczeni oraz uwielbiała się ze mną jebać, Persephonka w sensie, więc mi wszystko ostatecznie uchodziło mniejszym lub większym płazem, a kobieta nie mogła się mnie pozbyć. Po prostu byłem jak ten karaluch.
- Phi! A co tam jest w tej Francji? Żabojady? - zapytałem, kręcąc głową. Ostatnimi czasy, co bym tylko głowy nie okręcił, to ktoś popierdalał do Francji, a to do Paryża, a to jakaś jebana Marsylia. Co te ludzie? Jak gdyby tu, w naszej urokliwej rodzimej Anglii, nie było wystarczająco miejsc do zwiedzania. A obok taka cudowna, surowo-zielona Szkocja... I ta dziwniejsza Irlandia, ale też była. Ewentualnie Islandia, ale to było jednak trochę dalej i raczej ciężko byłoby na nią drogę przebrnąć wpław, ale mogłem takiej Rosie sprzedać ogromnego kopa, że by tam sobie pofrunęła wesoło.
- Chwila, moment! Rosie, pij sobie, co chcesz, nawet takie wstrętne gówno, ale mi się spowiadaj tu, natychmiast, z kim tam zamierzasz podróżować do tej Francji??? - zapytałem, jednak przerywając konsumpcję, bo były rzeczy ważne i ważniejsze. Podniosłem nawet spojrzenie na Ambrosię i się w nią wpatrywałem, jak gdybym zamierzał jej właśnie przebić wzrokiem łeb na wskroś. Nie obiecałem, ale kto wie... Czasami już byłoby lepiej kogoś zabić niż pozwolić by popełniał jakieś głupie błędy. Wciąż i wciąż. Szalone miałem pomysły, kanapki były smaczne, ale Ambroska to na pewno nie buja się już w towarzystwie tego paskudnika. Na pewno nie... Niepotrzebnie panikowałem, no nie?