adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Emocje, które targały Rodolphusem po spotkaniu z narzeczoną, wciąż buzowały i wprawiały krew niemal we wrzenie. Wypadł ze swojego mieszkania, które uprzednio zdemolował, by przynajmniej postarać się zająć czymś swój umysł. Myśli goniły jak szalone, przeskakiwały się niczym pędzące wierzchowce, podsuwając mu przeróżne scenariusze i rozwiązania. Jak miał traktować teleportację Bellatrix - czy to było zerwanie? Czy po prostu kłótnia? Kłótnie były czymś normalnym w związkach, tyle wiedział. Problem w tym, że w żadnym nie był na tyle długo, by móc rozszyfrować co to oznaczało w praktyce. Kłótnię mieli na Lithe, ale to... To było coś więcej. Lestrange miotał się jak zamknięte zwierzę w klatce, obijał o metalowe pręty myśli, które zaciskały się wokół jego mózgu, powodując silny, niemal fizyczny ból. Żaden spacer nie był w stanie ich uspokoić. Stronił od ludzi, stronił od używek i po raz pierwszy w życiu poczuł, że jest sam. Nie mógł wrócić do rodzinnej posiadłości bez słowa wyjaśnienia, a póki sam nie rozgryzie, co się właściwie stało, wolał nie angażować w to rodziny. Nie mógł też wrócić do siebie - zniszczenia, których dokonał, były poważne, wątpił by w przeciągu kilku godzin skrzaty się z nimi uporały. A nawet jeśli, to nie miał ochoty spać w łóżku, które z nią dzielił. Był wściekły. Nie mógł udać się do Roberta - nie miał zamiaru mieszać Mulcibera w swoje prywatne sprawy, chociaż zapewne poinformuje go o tym, że Black nie stanowi już zagrożenia. Problem w tym, że wcale nie chciał, żeby tak wyszło. Chciał trzymać ją blisko, mieć na nią oko. Nadal wspólnie palić świat ku chwale Voldemorta. Ale z jakiegoś powodu ona zdecydowała się zniknąć, wcześniej zarzucając mu, że straciła do niego zaufanie. To był cios, po którym nie potrafił się podnieść.
Myśli pędziły jeszcze intensywniej, a jego nogi same zaniosły go pod drzwi mieszkania. Z niejakim zaskoczeniem stwierdził, że nie było to jego mieszkanie, chociaż znajdowało się na tej samej ulicy. Jego dłoń właśnie pukała do drzwi Nicholasa. Lestrange zmarszczył brwi, bo nie pamiętał jak się tu znalazł. Nie pamiętał ostatniej godziny. Z jeszcze większym zaskoczeniem zauważył zdarte do krwi kostki prawej dłoni. Krew zdążyła ubrudzić mu skórę i rękaw koszuli. Przestała lecieć wartkim strumieniem, odrobinę zakrzepła, lecz rany były dość rozległe. Jakby uderzył w chropowatą powierzchnię muru. Ból poczuł dopiero teraz. Stalowoszare oczy z ciekawością wodziły po ranach. Jak to się stało?