05.02.2024, 15:11 ✶
Rolph pochwycił spinki, zapakowane w woreczek. Zerknął na nie pobieżnie, wysłuchał co Robert miał do powiedzenia i kiwnął głową. Zmiana miejsca spotkań była rozsądna - zbyt częste wizyty na Nocturnie mogłyby sprowadzić na niego zbyt wiele par oczu i pytań, których przecież cała trójka starała się unikać.
- Dobrze - odpowiedział lakonicznie, wstając z fotela. Zabrał list od Black - złożył go i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Spalę go.
Powiedział, zerkając jeszcze przelotnie na Roberta, ale nie nawykł do witania się czy żegnania za pomocą uścisku dłoni, tak więc wyszedł z gabinetu jako pierwszy, gdy tylko Richard zdjął zaklęcie zabezpieczające. Miał coś, co należało do niego - bez różdżki by nie wyszedł. Odebrał ją, czując na sobie upierdliwe spojrzenie Mulcibera. Ich spojrzenia na moment się skrzyżowały, gdy Lestrange chował różdżkę do kieszeni. Na ustach zbłąkał się lekki uśmiech. - Nie patrz tak na mnie, bo jeszcze gotów jestem sobie pomyśleć różne rzeczy.
Gdyby był na swoim terenie, może by i się pokusił o mrugnięcie, by tym gestem wyprowadzić Richarda z równowagi, ale nie był u siebie. Ograniczył się więc do tej jednej, kąśliwej uwagi. Całe spotkanie Richard wpatrywał się w niego jak sroka w gnat. Było to zrozumiałe, oczywiście, ale denerwujące.
- Bezpieczeństwo twojego brata jest dla mnie priorytetem - dodał jeszcze, zanim Mulciber sięgnął do klamki. Nic więcej i nic mniej. Zapewniać dalej nie będzie, byłoby to upokarzające i prędzej dałby sobie język wyrwać - nie nawykł do płaszczenia się przed kimkolwiek, nawet Robertem. Ich współpraca była zawsze równa, chociaż Mulciber bił go na głowę doświadczeniem i wiekiem. Teraz jednak przysięga wieczysta wiązała ich jeszcze bardziej, wyrównując tę szalę wzajemności. Opuścił sklep Mulciberów i zniknął za zaułkiem, powtarzając w myślach datę kolejnego spotkania. I ustalając swoje kolejne kroki.
- Dobrze - odpowiedział lakonicznie, wstając z fotela. Zabrał list od Black - złożył go i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Spalę go.
Powiedział, zerkając jeszcze przelotnie na Roberta, ale nie nawykł do witania się czy żegnania za pomocą uścisku dłoni, tak więc wyszedł z gabinetu jako pierwszy, gdy tylko Richard zdjął zaklęcie zabezpieczające. Miał coś, co należało do niego - bez różdżki by nie wyszedł. Odebrał ją, czując na sobie upierdliwe spojrzenie Mulcibera. Ich spojrzenia na moment się skrzyżowały, gdy Lestrange chował różdżkę do kieszeni. Na ustach zbłąkał się lekki uśmiech. - Nie patrz tak na mnie, bo jeszcze gotów jestem sobie pomyśleć różne rzeczy.
Gdyby był na swoim terenie, może by i się pokusił o mrugnięcie, by tym gestem wyprowadzić Richarda z równowagi, ale nie był u siebie. Ograniczył się więc do tej jednej, kąśliwej uwagi. Całe spotkanie Richard wpatrywał się w niego jak sroka w gnat. Było to zrozumiałe, oczywiście, ale denerwujące.
- Bezpieczeństwo twojego brata jest dla mnie priorytetem - dodał jeszcze, zanim Mulciber sięgnął do klamki. Nic więcej i nic mniej. Zapewniać dalej nie będzie, byłoby to upokarzające i prędzej dałby sobie język wyrwać - nie nawykł do płaszczenia się przed kimkolwiek, nawet Robertem. Ich współpraca była zawsze równa, chociaż Mulciber bił go na głowę doświadczeniem i wiekiem. Teraz jednak przysięga wieczysta wiązała ich jeszcze bardziej, wyrównując tę szalę wzajemności. Opuścił sklep Mulciberów i zniknął za zaułkiem, powtarzając w myślach datę kolejnego spotkania. I ustalając swoje kolejne kroki.
Koniec sesji