05.02.2024, 19:27 ✶
Być może gdyby w tej chwili był bardziej sobą, to rzuciłby jakąś kąśliwą uwagą. Ale nie było żadnych wątpliwości, że Lestrange sobą w tej chwili nie był. Krew na dłoni, nieobecne, pełne szoku spojrzenie, pomięta biała koszula i czarne włosy, rozsypane wokół twarzy w nieładzie - te elementy tak bardzo nie pasowały do schludnego do tej pory Rodolphusa, że każdy kto by go zobaczył, zorientowałby się, że coś jest nie tak. Lestrange zrobił krok, gdy Nicholas się odsunął, chociaż nie bez wahania. Co on tu właściwie robił?
- Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą, ponownie opuszczając wzrok na poranioną dłoń. Ból zdawał się pomalutku go otrzeźwiać, lecz był przytłumiony. A przecież rana powinna piec, palić żywym ogniem. Nic takiego jednak nie miało miejsca, zupełnie jakby mózg Rodolphusa nie dopuszczał do siebie pewnych bodźców. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie Travers poszedł po apteczkę. Niewymowny westchnął, lewą rękę unosząc do włosów. Bał się, że i one będą posklejane od krwi, lecz na jego szczęście były czyste. Mógł je zaczesać nerwowym ruchem w tył, lecz wyjątkowo nie dało mu to ukojenia. Nic nie dawało mu ukojenia, myśli wciąż pędziły nieustannie - było ich w tej chwili jeszcze więcej, niż przed kilkoma minutami. - Z reguły się zapowiadam.
Nie przeprosił, że wparował mu do mieszkania bez zapowiedzi. Bo może i takową zapowiedź wysłał, tylko nie dotarła? Cholera, nie pamiętał co robił przez ostatnie kilka godzin, nie pamiętał w jaki sposób rozwalił sobie dłoń, czemu koszula, którą wyprasował przed obiadem, wyglądała teraz jakby była psu z gardła wyjęta. Odruchowo dotknął twarzy, by sprawdzić, czy nadal jest na swoim miejscu i czy przypadkiem nic w jej obrębie nie bolało. Czy kogoś skrzywdził? Szarpał się z kimś?
Gdy Nicholas polecił mu, by pokazał dłoń, w pierwszym odruchu miał zamiar nią machnąć i odpędzić się od mężczyzny jak od natrętnej muchy. Ale przyszedł tutaj z jakiegoś powodu, lecz na pewno nie po to, by stroić fochy. Usiadł posłusznie przy stole, a dłoń położył wierzchem do góry. Gdy woda weszła w kontakt z raną, ta zapiekła. W końcu bodziec, który znał i na który wiedział, jak reagować. Mięśnie szczęki napięły się, gdy Lestrange próbował powstrzymać wpełzający na twarz grymas bólu.
- Nie żartowałeś z tym gustem - mruknął tylko, odwracając wzrok od dłoni. Zawiesił go gdzieś w przestrzeni, próbując odtworzyć swoje ostatnie kroki. Wszystko przesłaniała mu czerwona mgła wściekłości. Lewa ręka mimowolnie zacisnęła się na jego własnym udzie, gdy cofnął się do momentu zniknięcia Black z jego mieszkania. Pamiętał, że rzucił talerzem. Potem chyba krzesłem? Na pewno wywrócił stół i zniszczył regały. Czy podpalił własne mieszkanie? Czy kopnął skrzata, który był odpowiedzialny za kolację? Nie pamiętał, zupełnie jakby ktoś narzucił na te wspomnienia czerwoną, nieprzezroczystą płachtę.
- Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą, ponownie opuszczając wzrok na poranioną dłoń. Ból zdawał się pomalutku go otrzeźwiać, lecz był przytłumiony. A przecież rana powinna piec, palić żywym ogniem. Nic takiego jednak nie miało miejsca, zupełnie jakby mózg Rodolphusa nie dopuszczał do siebie pewnych bodźców. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie Travers poszedł po apteczkę. Niewymowny westchnął, lewą rękę unosząc do włosów. Bał się, że i one będą posklejane od krwi, lecz na jego szczęście były czyste. Mógł je zaczesać nerwowym ruchem w tył, lecz wyjątkowo nie dało mu to ukojenia. Nic nie dawało mu ukojenia, myśli wciąż pędziły nieustannie - było ich w tej chwili jeszcze więcej, niż przed kilkoma minutami. - Z reguły się zapowiadam.
Nie przeprosił, że wparował mu do mieszkania bez zapowiedzi. Bo może i takową zapowiedź wysłał, tylko nie dotarła? Cholera, nie pamiętał co robił przez ostatnie kilka godzin, nie pamiętał w jaki sposób rozwalił sobie dłoń, czemu koszula, którą wyprasował przed obiadem, wyglądała teraz jakby była psu z gardła wyjęta. Odruchowo dotknął twarzy, by sprawdzić, czy nadal jest na swoim miejscu i czy przypadkiem nic w jej obrębie nie bolało. Czy kogoś skrzywdził? Szarpał się z kimś?
Gdy Nicholas polecił mu, by pokazał dłoń, w pierwszym odruchu miał zamiar nią machnąć i odpędzić się od mężczyzny jak od natrętnej muchy. Ale przyszedł tutaj z jakiegoś powodu, lecz na pewno nie po to, by stroić fochy. Usiadł posłusznie przy stole, a dłoń położył wierzchem do góry. Gdy woda weszła w kontakt z raną, ta zapiekła. W końcu bodziec, który znał i na który wiedział, jak reagować. Mięśnie szczęki napięły się, gdy Lestrange próbował powstrzymać wpełzający na twarz grymas bólu.
- Nie żartowałeś z tym gustem - mruknął tylko, odwracając wzrok od dłoni. Zawiesił go gdzieś w przestrzeni, próbując odtworzyć swoje ostatnie kroki. Wszystko przesłaniała mu czerwona mgła wściekłości. Lewa ręka mimowolnie zacisnęła się na jego własnym udzie, gdy cofnął się do momentu zniknięcia Black z jego mieszkania. Pamiętał, że rzucił talerzem. Potem chyba krzesłem? Na pewno wywrócił stół i zniszczył regały. Czy podpalił własne mieszkanie? Czy kopnął skrzata, który był odpowiedzialny za kolację? Nie pamiętał, zupełnie jakby ktoś narzucił na te wspomnienia czerwoną, nieprzezroczystą płachtę.