Wydarzyło się wszystko i jednocześnie nic. Zwykła rozmowa, wystawienie kawałka swojego serca na dłoni, by opowiedzieć trochę o swoim życiu i świecie. Takie rozmowy dla jednych nie znaczyły nic szczególnego, zaś dla innych były wszystkim. Nie przed każdym człowiek tak się przecież otwierał, mówiąc o pewnych swoich doświadczeniach, poglądach – które być może niebezpiecznie było wypowiadać na głos w czasach, w jakim przyszło nam wszystkim żyć. Ale nie każdy miał złe zamiary; Ginewra z pewnością takich nie miała, a była ciekawska z natury, zaś skoro Laurent zdołał ją kiedyś już zainteresować, tak przecież to nie wyparowało tak sobie tylko dlatego, że wrócili do swoich poukładanych żyć na dwóch różnych kontynentach. Tak, była od niego starsza - ale co z tego? Absolutnie nic, nie byli przecież dziećmi. I tak jak Laurent lubił starsze od siebie kobiety, tak Ginewra lubiła blondynów (czy nie dlatego Pandora zaczęła jej zachwalać i sugerować swojego brata?), lubiła też tę pewność siebie, którą niektórzy wokół siebie emanowali, tak jak pełny jej był Laurent. Sama nie była tej pewności pozbawiona, ale była osobą, która od dziecka była pewna, w którą stronę chce iść, i szła. Laurent miał jednak rację, że nie miała już w sobie tej skromności i wstydu młodego dziewczęcia; była też bardzo otwarta… w różnych polach swojego życia. Czy było to cofnięcie się do punktu pierwszego? Nie powiedziałaby, że się cofnęli. Po prostu ten etap zamknięcia, w jaki obrósł Laurent, zgrabnie się… rozwiał? Choć w przypadku Prewetta – chyba bardziej rozpłynął, jak woda, którą tak kochał. Bo to jego postawa obronna zniknęła. Nie przez zręczne manipulacje Ginewry, bo nie to w ogóle robiła, po prostu inaczej podeszła do sprawy i do niego, dając mu czas na oswojenie się z otoczeniem.
– W błądzeniu nie ma nic złego. Inaczej człowiek nie byłby skłonny do nauki i stawania się lepszą wersją siebie. Każdy błędy popełnia, składają się przecież na teraźniejszych nas… I na przyszłych też – przeszłość była ważna, bo kształtowała teraźniejszość. Zaś przyszłość również wpływała na obecnych nas – tam ukryte były pragnienia i nasze hamulce. Strachy i inspiracje. Wszystko to, co jeszcze niepoznane, a co ludzie tak gorączkowo chcieli odkryć – i tu wchodziła rola jasnowidzów… i wróżbitów. Jednak tak jak mu powiedziała, Przeszłość i Przyszłość na raz dopiero dawały wgląd w Teraźniejszość – i wszechwiedzę. W wierzeniach Starożytnych, ukryte były prawdziwe skarby i prawdy o życiu. – Nie mam problemu przyznać się do błędu. Bo wiem, że to pomaga mi się rozwinąć, a nie tkwić w błędach przeszłości – nie była uparta, nie do przesady w każdym razie. Była zadziorna, lubiła się przekomarzać, flirtować też, jeśli ktoś złapał jej zainteresowanie i sama też je czuła. Ale przy tym potrafiła być też poważna i nie obracać wszystkiego w żart. No i gaduła. Buzia jej się zamykała, nie strzelała z siebie jak mugole z karabinu maszynowego, ale naprawdę lubiła gadać. Choć nie miało to nic z umiłowania do własnego głosu. – Klejnot wypuścił się sam, nikt go tam na siłę nie trzymał. Powiedzieli „jeśli to jest coś, czego pragniesz, to jedź” – uśmiechała się do Laurenta, zgrabnie odbierając ten jego flirt, bo rzeczywiście nie miała nic przeciwko. Dlaczego miałaby mieć? Nie miała żadnych zobowiązań do nikogo, a jak było już wspomniane, Laurent ją interesował. – Według ciebie jaki to klejnot? – to chyba dawało jawne pole do tego, że wcale nie trzeba się zatrzymać w tym miejscu, nie było tutaj znaku, który krzyczał, że stop.
– Aach, widzisz, nie bez powodu widziałeś mnie w formie kota – i rzeczywiście te „kocie” odruchy, zachowania, często gdzieś się w niej przebijały. Była cierpliwa jak kot, i zaczepna jak kot, i ciekawska jak kot, i jak kot broniła własnego terytorium. I gdy widziała, że komuś bliskiemu jest źle, to gotowa była się przytulić, albo zwinąć na kolanach w kłębek. Podobno kocie mruczenie pomagało w chorobie. Uśmiechnęła się szerzej i jednocześnie łagodniej, gdy mówił dalej. – Jeśli to magia, to jesteś na nią wyjątkowo wrażliwy – to dobro i miłość do świata i życia można było nazwać magią? Może. Może nawet powinno się – jeśli tak, to Laurent się nie mylił. Jednak według Ginewry, to nie robiła nic nadzwyczajnego… nie dla siebie. Chociaż może dla osoby wychowanej w tak zamkniętym i sztywnym społeczeństwie, było w tym coś wyjątkowego – w tym, co mówiła i jak zachowywała się McGonagall, egipska piękność o tak angielskim nazwisku.
– Nie, w każde zwierzę nie – roześmiała się. – Większość animagów potrafi zmienić się jedynie w jedno zwierzę. Ja, tak jak mój ojciec, potrafię w dwa. Tu jest mój limit – odparła spokojnie, kiedy tak szli przez podwórko, a delikatny wiatr rozwiewał włosy Ginny. – Pierwszy był sokół. Kot był moim dużo bardziej przemyślanym wyborem, bo byłam już starsza. Pewnie dlatego tak pasuje – ale oba wybory (choć nie każdy animag miał luksus wyboru, Ginewra jednak była bardzo uzdolniona i w pewnym sensie bardziej wiedziała co robi, a i wskazówki odbierane w Uagadou wiele ułatwiały), miały dla niej znaczenie symboliczne. Całe jej życie usłane było takimi symbolami, jak te, które dostrzegała w kuli czy w fusach, a czasami w snach. Uśmiechnęła się pod nosem. – Ale to co zobaczyłeś, tę pośrednią formę, to mało który animag potrafi osiągnąć – i tylko dlatego tak półżartem mówiła, że bardziej magicznej rodziny nie znajdzie.
Absolutnie nie chciała umniejszać żadnej męskości Laurenta, więc nie było mowy o żadną sprzeczkę o drabinę. Jeśli chciał ją nieść, to kim była, by mu zaprzeczyć… ale wiadro w takim razie wzięła, by ponieść je sama, bo było to zwyczajnie trudne, by jednocześnie męczyć się z drabiną i jeszcze wiadrem… czy tam koszem – czy czymkolwiek, do czego mieli te czereśnie zbierać. Widząc minę Laurenta tylko pokręciła głową i usłużnie dała się wymienić za drabinę. Czy przegrałby z siłowaniem się na ręce… Wątpliwe. Sama nie była żadnym siłaczem, nie była też wcale wysportowana, raczej chuda i prawie tak wysoka jak on sam, chociaż miała zdecydowanie bardziej kobiecą budowę ciała, wcięcie gdzie trzeba, wypukłość tam, gdzie była pożądana. Nie mogła się jednak poszczycić jakoś mocno szerokimi biodrami, w swej budowie była raczej szczuplejsza – pewnie właśnie przez wzrost.
– Wróżka? To może muszę zacząć nosić wianek, a na koniec różdżki zawiesić taką kolorową gwiazdkę – zachichotała, ale nie kpiąco, ot po prostu sobie troszkę żartowała. – Jeśli ja kojarzę ci się z wróżką, to ty wyglądasz jak taki dobry duszek, albo aniołek – nawet w tej koszuli… to chyba te jego włosy, głębokie spojrzenie i niewinny uśmiech. Zapatrzyła się na niego nieco dłużej. Mogłaby znowu zatonąć w tych oczach.
– Chcesz potrzymać mi drabinę? – zapytała w końcu po krótkiej chwili.